Dom na głowie
Blog o rodzicielstwie, podróżach, książkach i łatwej kuchni

Dzieci rosną, mężowie starzeją, tylko my wiecznie młode

38

Wczoraj wydarzyło się coś, co uświadomiło mi jak szybko moje dzieci rosną. Jeszcze niedawno każdy z nich był taki mały i nieporadny, w pieluszkach i na rowerku z bocznymi kółkami. No cóż, czas leci, ale ja wciąż młoda. Duchem.

W ostawni dzień rekrutacji z językiem na brodzie i plikiem podań, oświadczeń i zaświadczeń stawiłam się po raz trzeci u tej samej pani dyrektor pobliskiego przedszkola.

– Jezu, jak ten czas leci, niedawno się urodził, a już do przedszkola pani go zapisuje! – przywitała mnie jak starą znajomą.

To mi uświadomiło upływ czasu. Przecież tak niedawno to było, kiedy się urodził, a już mam tak dużego chłopczyka w domu. Te pójście do przedszkola, te magiczne 3 latka, to taki most, który łączy niemowlęctwo i wczesne dzieciństwo z powagą majestatu, którym jest status przedszkolaka. To czas, kiedy mój mały mężczyzna pozna kolegów, może i na całe życie, nauczy się piosenek i wierszyków, pozna literki. Pewnie się nie obrócę, a już będzie w szkole.

A pamiętam jak najstarszy syn rozpoczynał przygodę z tym etapem edukacji, pamiętam jego minę, kiedy patrzył na te wszystkie płaczące dzieci wokół i sam na koniec się rozpłakał. A teraz taki chłop. Samodzielny, który umie tyle rzeczy zrobić bez mojego udziału. Już nie muszę go prowadzić ze szkoły do domu za rączkę i wycierać zasmarkany nos.

I średni, który nie tylko umie zadbać o siebie, ale też o Malutka, dla którego jest prawdziwym przewodnikiem po wymyślaniu głupot i uczeniu niezbyt mądrych i przydatnych, z mojego punktu widzenia, rzeczy. Który nie daje sobie wejść na głowę starszemu, szybszemu i sprytniejszemu bratu.

Kiedy to wszystko się stało, nie wiem. Mój najmłodszy syn idzie do przedszkola! Wow! I choć nie mówi jeszcze zbyt dobrze, śpi z króliczkiem i smokiem, to już przecież pieluchy i butelka poszły w zapomnienie. 

Myślę, i czekam na to od lat, że zacznę w końcu nowy etap w życiu. Kiedy, wciąż jeszcze młoda (duchem), będę mogła skupić się trochę na sobie. Wyjść na zakupy bez trzech wlokących się za mną ogonów. Wyrzucić pieluchy i mokre chusteczki z mojej torebki. Spotkać się z kimś na mieście lub pójść do kina bez planowania z tygodniowym wyprzedzeniem.  

Może kupię sobie super niepraktyczny samochód z otwieranym dachem, wezmę moje też młode duchem kumpelki i pojedziemy w któryś weekend na shopping i pyszna kawę do Mediolanu? Usiądziemy na placyku obok fontanny, przy malutkim stoliczku i, popijając cafe latte, będziemy się chichrać w głos, wystawiając nasze, nadszarpnięte grawitacją twarze, ku słońcu.

Tego sobie życzę, kiedy moje dzieci troszkę jeszcze dorosną. Dolce vity w doborowym towarzystwie, bo czas zapierdala, dzieci rosną, mężowie starzeją, a my wciąż jeszcze całkiem młode…