Fajne podwórko to prawdziwy skarb

Fajne podwórko to prawdziwy skarb

Zrobiło się ciepło i od razu dzieciaki wyszły z domowych pieleszy na świeże powietrze. Kiedy w domu nastała cisza, pomyślałam, że fajne podwórko, paczka kolegów i koleżanek oraz sąsiedzi, z którymi można pogadać, to prawdziwy skarb.

Chyba każdy ma jakieś wspomnienia z dzieciństwa, które kojarzy się z miejscem, gdzie odbywały się spotkania podwórkowej braci, bandy łysego lub trzepakowej paczki. Podwórko. Wbite pomiędzy szare bloki, na końcu ślepej uliczki, na boisku, ławce, pod drzewem lub w jakimś innym dziwnym, ale inspirującym miejscu. Punkt, w którym wszyscy się schodzili, a potem gadali o pierdołach aż czyjaś mama nie zawołała z okna na obiad. 

Podwórko z mojego dzieciństwa


Jako małe dziecko mieszkałam na wsi i nie miałam tam wielu koleżanek. Trochę czasu spędzałam z kuzynostwem, często bawiłam się sama (wpis o moim dzieciństwie). Miałam jednak piękne okoliczności przyrody: ogromny ogród, okoliczne łąki i lasy, polne drogi, po których jeździłam rowerem. Dopiero po przeprowadzce do miasta, poznałam, co to podchody i inne gry uliczne, w których uczestniczyła cała banda z ulicy. 

[Tweet “Podwórko: jedno miejsce – milion wspomnień.”]

Dorastałam na małej osiedlowej uliczce, gdzie był mały ruch i kilka koleżanek. Nie miałyśmy co prawda trzepaka, ale jedna z koleżanek miała przed domem ławkę i to był strzał w dziesiątkę – zawsze tam siedziałyśmy, kiedy akurat nie grałyśmy w klasy czy w gumę. Poza tym było to małe miasto, więc chodziłam w różne miejsca, żeby spotkać się ze znajomymi. Były ławki koło szkoły, gdzie dłubałam słonecznik siedząc na oparciu, skwerek koło Rynku – najlepszy punkt obserwacyjny na całe nasze mini centrum, czy osiedle, gdzie w ogóle kręciło się dużo znajomych. Za rogiem miałam glinianki, które w wakacje oblężone były przez tłumy młodzieży. Uwielbiałam te pogaduchy do późnego wieczora i wylegiwanie się na słońcu w fajnym towarzystwie.

Fajne podwórko, czyli strategia kupowania domu


Moje dzieci początkowo nie miały tak fajnie. Mieliśmy co prawda ogrodzony teren wokół bloku, ale ani kawałka zieleni czy przestrzeni do zabawy. Chłopcy biegali między samochodami i garażami, a ja się modliłam, żeby któryś nie wpadł pod auto wyjeżdżające akurat zza zakrętu. 

Kiedy kupowaliśmy nasze nowe lokum, wiedziałam, że zarówno bliska odległość do szkoły, jak i fajne podwórko jest pozycją strategiczną. Wnikliwie więc analizowałam kolejne lokalizacje. W ostatniej się zakochałam. Zamknięte osiedle, z kilkunastoma domami, pomiędzy którymi jest kilka uliczek. Wszystko ogrodzone, a ruch samochodowy ogranicza się do dojazdu do posesji. Idealnie. Oznacza to, że wypuszczam dzieciaki i nie muszę ich pilnować, sterczeć i patrzeć, żeby nic im się złego nie stało. Do tego ekipa dzieci sąsiadów – towarzystwo do zabaw, wyścigów i do grania w piłkę.

Nareszcie zrobiło się ciepło


Tego roku z niecierpliwością czekaliśmy na słońce i upragnione ciepło. Kiedy w końcu obudziła nas słoneczna niedziela, zaraz po śniadaniu usłyszałam dzwonek do drzwi. Nikogo się nie spodziewałam, więc to mogły być tylko dzieciaki sąsiadów.

– Ciocia, a chłopcy wyjdą? – przede mną stały dwie roześmiane buzie bez kompletu uzębienia.
– Wyjdą, wyjdą! A co będziecie robić? – zawsze odbywamy mały small talk.
– Pojeździmy na rowerach, a potem pogramy w gałę na moim ogrodzie.

Kilka pytań organizacyjnych i już moich chłopaków nie było w domu. Mały wyszedł do ogródka do piaskownicy, a w domu zaległa upragniona cisza. 

Od razu w ruch poszły rowery, rolki, hulajnogi, co kto miał w garażu. Zaczęły się wyścigi, pułapki na tego, który próbował wydostać się z niej na rolkach, gdzieś z boku na swoją kolej czekała piłka do nogi, a trochę dalej do kosza. Kosz stoi przed domem i uważam, że był to świetny prezent pod choinkę. Chłopcy chętnie grają, a piłka leży obok – po co ją chować, zawsze ktoś może przyjść pograć. Niedaleko oparte o płot stoją hulajnogi, od czasu do czasu któreś dziecko je sobie wypożycza.

Jest tak ciepło, że też wychylam nos na podwórko. Do ekipy dołącza mój Malutek, który próbuje swoich sił na rowerku biegowym. Jeszcze nie potrafi się odepchnąć, ale popycha ten rowerek próbując dorównać starszym kolegom i braciom. Ci przybijają z nim piątki i żółwiki, a kiedy nie patrzę uczą całkiem niepotrzebnych umiejętności, które do niczego mu się nie przydadzą. Z mojego punktu widzenia, bo Mały najwyraźniej jest pochłonięty rzucaniem kamieniami czy pluciem bez reszty.

Przystaję obok płotu sąsiadki i wymieniamy się informacjami, co u nas słychać. U nich nic, a u nas znów wszystko do góry nogami, więc jest o czym opowiadać. Trochę się śmiejemy z naszych dzieci, które nie za bardzo chcą się uczyć, rozprawiamy o codziennych z nimi kłopotach. Opowiadamy o naszym osiedlowym kocie i o różnych codziennych sprawach. Spotkanie kończy się zaproszeniem na wino, które pewnie wypijemy na tarasie, kiedy zrobi się trochę cieplej.

Tak, jestem szczęśliwa, że mamy takie fajne podwórko. Że chłopcy rzucają x-boxa, kiedy z otwartych drzwi rozlega się pytanie – hasło: “Wyjdziesz?”. Cieszę się, że mają się z kim pobawić, a ja z kim pogadać. Z niecierpliwością czekamy na resztę sąsiadów, którzy niebawem mają się wprowadzić. To oznacza kolejną czwórkę dzieci do kompletu. Oj, będzie się działo na naszym podwórku!

A wy jakie macie wspomnienia ze swojego podwórka? Podzielcie się w komentarzach!