Jak dbać o kondycję fizyczną – wersja dla opornych matek

Jak dbać o kondycję fizyczną – wersja dla opornych matek

To, jak dbać o kondycję fizyczną, wiem nie od dziś. I choć nie ćwiczę aerobików, to nie znaczy, że w ogóle się nie ruszam. Jestem matką trójki dzieci, a w takiej trudnej sytuacji życiowej nie ma to-tamto, trzeba ruszyć podwozie, bo inaczej się nie da! Kiedy się wgłębiłam w temat, okazało się, że większość znanych z fitness clubów ćwiczeń, wykonuję prawie codziennie nie zdając sobie z tego sprawy! No sami oceńcie!

Tak, to prawda, matki patologiczne mają lepiej w tej kwestii. Samo chodzenie w ciąży to jest nie lada wyczyn. Razy trzy i więcej – mistrzostwo świata. Zajęcia z jogi, to nic, kiedy będąc w dziewiątym miesiącu próbujesz sobie pomalować pazury albo doprowadzić swojego bobra do wyglądu przypominającego grzywacza chińskiego (wersja fashion) lub sfinksa (wersja na Pazdana). W dalszym etapie życia duża ilość dzieci wymusza niekończący się wysiłek, więc ruszasz się czy tego chcesz czy nie. Niestety, bycie rodzicielką zabiera też czas, który można byłoby wykorzystać na solidne ćwiczenia na orbitreku, stacjonarnym rowerku czy innym urządzeniu, z którym chciałabym się zaprzyjaźnić na całe życie. Choć byłaby to zapewne szorstka przyjaźń.

 

Jak dbać o kondycję fizyczną będąc matką?


Ciężko jest mi wyrwać się na jakiś fitness, szczególnie, że od weekendu do weekendu jestem z dziećmi sama. Podjęłam więc marne próby radzenia sobie w tym problemem duszy, a zwłaszcza ciała, ale obie skończyły się fiaskiem. Jazda na rolkach odebrała mi resztkę godności upadkiem, po którym runęłam jak długa, co nic nie miało wspólnego ani z gracją, ani tym bardziej z byciem damą. Natomiast ćwiczenia z Cindy Crawford, które miały być lekarstwem na wiszącą wokół brzucha oponkę, były tylko niezdarnymi wymachami kończynami w górę i w dół, zakończone bolesnym uderzeniem kostką w ramę łóżka.

Postanowiłam więc do pracy nad moją tuszą podejść strategicznie.

Otóż, będąc matką trójki dzieci, jestem  zmuszana przez różne wydarzenia, a  także zwykły harmonogram dnia, prawie cały czas do przymusowego ruchu. Wystarczy wycisnąć z tych darów losu co się da, aby nabrać masy mięśniowej, tężyzny fizycznej i lepszej kondycji ciała. Ostatnio miałam kilka okazji ku temu, o czym poniżej.

 

ABT i ABS z miotłą w ręku


Te mało skomplikowane ćwiczenia, jak skłony i wymachy, pewnie każda matka wykonuje codziennie. Przecież ciągle trzeba coś podnosić albo sprzątać choćby zabawki. Ja mam każdego dnia porozrzucane lego duplo w najbardziej eksponowanym miejscu w salonie, a w dodatku w ciągu komunikacyjnym. Zanim się zorientuję, że mały delikwent powinien to ogarnąć, ten już śpi, a moja stopa, niczego się nie spodziewając, ląduje na ludziku lego.

Dotąd brałam garściami klocki i w trzech ruchach wrzucałam je do kosza, najlepiej z pozycji leżącej na kanapie. Kiedy jednak zaczęłam budować mój sześciopak i główkę bicepsa, podeszłam do tego przykrego obowiązku z większym zaangażowaniem! Głęboki skłon, wydech, podnosimy klocek i wymach ręką w stronę kosza. Ćwiczenie powtarzamy z każdym klockiem osobno, a w wersji hard przynosimy dziecku duże pudło małych klocków i wykonujemy potrójną serię skłonów, szukając w dywanie typu shaggy najdrobniejszych elementów z zestawu Star Wars. Efekt murowany!

 

Trening cardio w doborowym towarzystwie


Od czasu do czasu w moim mało wysublimowanym planie tygodnia, pośród skłonów i wymachów, trafia się jednak prawdziwa okazja do dodatkowego treningu. Otóż zdarzają się imprezy! Balety do rana! Tańce, gibańce i fruwa moja marynara! Jest to chyba najprzyjemniejsza wersja wyduszania z siebie siódmych potów. Znój i ból, jaki podejmujemy dla osiągnięcia idealnej sylwetki, w gronie dobrych znajomych jest jakby mniejszy. A jeśli dodamy do tego środki znieczulające w postaci pysznej cytrynówki… ech… to nogi same fruwają wokół parkietu!

Oprócz moich urodzin, na których li tylko żremy i pijemy, mając za nic odkładający się tłuszcz, sporadycznie chadzam na różne rocznice, bale i wesela, podczas których nie stronię od obrotów, kręcenia biodrami i różnych podskoków w stylu Dirty Dancing. Ostatnio nadarzyła się świetna okazja do ponownego rozruszania moich kości, bo oto nasi przyjaciele zorganizowali 20 rocznicę ślubu. Z tańcami! Ubrałam więc kieckę i buty na obcasie i postanowiłam wycisnąć ile się da z tego wieczoru. Zadanie było karkołomne, bo akurat miałam ciche dni z moim mężem, co mogło się niestety skończyć na “Ona tańczy dla mnie, a ja siedzę i patrzę”. Oraz w mniejszej ilości wykonanych ćwiczeń cardio. 

Postanowiłam więc na początek zrobić małą rozgrzewkę. Rozruszałam mianowicie mięśnie twarzy, śmiejąc się od ucha do ucha, rżąc i rechocząc z różnych żartów. Przyłożyłam się do tego pieczołowicie, co w moim przypadku wyglądało tak, jakby z zawiasów miała mi zaraz wypaść szczęka. Nie było to trudne, zważając na doborowe towarzystwo, które pośmiać się lubi. Realizację projektu ułatwiła pyszna cytrynówka, która rozlewała się po ciele jak złoto, wprawiając wszystkich w iście imprezowy nastrój. Tego pysznego trunku postanowiłam sobie nie żałować, wszak zaraz miałam wytopić te wszystkie kalorie w szalonych pląsach w rytm przebojów z lat 80-tych. Podobnie rzecz się miała z niesamowitym boczusiem własnej roboty, w którym najlepszy był tłuszczyk, a jakże.

Po tej intensywnej rozgrzewce, po której bałam się, że dostanę zakwasów na twarzy, obczaiłam kilku cudzych mężów i korzystając z pierwszego zaproszenia, ruszyłam w tany. Takim to sposobem udało mi się zrzucić 366 kcal/godz. Razy 6 godzin, minus kilka przerw, plus 2 plasterki boczusia i pół litra cytrynówki dało, tak myślę, całkiem dobry wynik. Co prawda nazajutrz bolała mnie głowa, biodro i lewe ramię, ale uznałam to za dobrą oznakę wyczerpującego wysiłku.

 

Sauna parowa, która wspomaga metabolizm


Podobno wbrew temu, co się mówi, w saunie nie traci się kilogramów, jednak zwiększa ona metabolizm, a to na jedno wychodzi. Kiedy więc kupiłam sobie parownicę, w celu wyczyszczenia powierzchni płaskich w moim domu, znów włączyło mi się zielone światło na zrzucenie wagi. Łącząc saunę z ruchem mięśni można zwiększyć efekty! Tak więc strategicznie wybrałam ku temu dzień, w którym temperatura przekroczyła 30 st. C w cieniu i włączyłam moje cudo techniki, które nie dość, że sprząta i dezynfekuje, to jeszcze spala mój tłuszczyk na biodrach, i co ważniejsze, zmniejsza cellulitis! 

Był to debiut, więc urządzenie te tak mnie zafascynowało, że wprost nie mogłam się nim nacieszyć. Tym samym ćwiczenia w obłokach pary były o tyle przyjemne, że nie zwracając uwagi na zmęczenie, fruwałam z rurą po całym domu. Okazało się, że parownicą można umyć nie tylko podłogi, ale także i okna, fronty mebli, ściany, lustra i fugi, robiąc przy okazji solidne skłony i wymachy rękami, a na koniec wytapiając słoninę aż miło.

Na koniec tej porządkowej furii wyłoniłam się z odmętów pary i padłam nieżywa na moją kanapę, czując zapach skwierczącego tłuszczu, wydobywającego się z każdego otwartego pora na mojej skórze. Dodatkowo pod wpływem temperatury wytworzyły się endorfiny, więc z błogim uśmiechem na twarzy, uniosłam się lekka jak piórko, wprost do kuchni po orzeźwiającego drinka. Żeby nie tracić efektu odchudzenia, pomyślałam, że naleję sobie tylko troszkę cytrynówki i rozrzedzę dużą ilością wody gazowanej, tym samym pogłębiając efekt szczęśliwego uniesienia. 

 

Ćwiczenia wysiłkowe


Mając dom i ogród, można się nieźle narobić, żeby ogarnąć podwórko i całą resztę. Na przykład przyszło mi do głowy, że warto byłoby zasiać inną trawę, ładniejszą, amerykańską i wyrzucić w cholerę te wiechy, co porastają nasz ogród. Zaoraliśmy dwa razy, wszystko ręcznie, bez konia, nawet mechanicznego. Orka na ugorze, siódmy pot na czole. Ale efekt jest i ile kalorii mniej!

Czasem mój mąż wpadnie na pomysł, żeby coś wykopać albo zamontować, i choć mnie nie angażuje, to koniec z końców zdarzyło mi się ostatnio wymachiwać łopatą pełną ziemi. Ziemię trzeba było usunąć z działki sąsiada, który akurat chciał sobie chodnik zrobić w tym miejscu. A było to w dniu roboczym, co oznaczało, że mojego męża nie ma w domu. Za to jestem ja, w pełni gotowa i nastawiona na cel: poprawić tężyznę fizyczną! Niezrażona obrazem żywcem zdjętym z plakatu “Kobiety na traktory”, ubrałam gumowce, rękawice robocze i chwyciłam łopatę w dłoń. Żonglując narzędziem w górę, przerzuciłam z tonę ziemi, czując na koniec wszystkie mięśnie na grzbiecie. Oj, to było ćwiczenie, intensywny body pump, po którym ledwo dowlokłam się na kanapę i zdołałam tylko zrzucić kalosze. Bo do drinka było zbyt daleko. 

 

Trening crossfit


Dotąd tego nie wiedziałam, ale prawie codziennie wykonuję trening crossfit. Są to ćwiczenia, poprawiające sprawność fizyczną w krótkim czasie i w kilku obszarach, które mam obcykane, odkąd jestem matką: wydolność krążeniowo-oddechowa (bieganie za dzieckiem), wytrzymałość (codzienny wysiłek od rana do nocy), siła (podnoszenie i noszenie malucha), gibkość (omijanie zabawek rozrzuconych na podłodze), moc (moc jest ze mną), szybkość (łapanie dziecka, które ciągle ucieka w nieznanym kierunku), zwinność (przebieranie pieluchy na wierzgającym nogami i płaczącym dziecięciu), równowaga (głównie psychiczna), koordynacja (organizowanie działań wszystkich członków rodziny) i dokładność (przejście w nocy z sypialni do pokoju dziecka bez rąbnięcia głową w futrynę).

Ale życie życiem, a rzeczywistość daje nam dodatkowe okazje do prawdziwego hardcorowego wysiłku. Kiedy nie możesz odpuścić, musisz to zrobić, choćbyś miała wypluć płuca. Właśnie coś takiego mi się ostatnio przytrafiło: sprint, body pump i parkour w jednym.

Początek był niewinny. Miałam odebrać dzieci wracające z obozu. Pojechałam z Malutkiem na stację pośrednią, do której miałam bliżej niż do docelowej. Mieliśmy dużo czasu, pół godziny, więc chodziliśmy sobie tu i tam, robiąc zdjęcia i oglądając wszystko dokładnie. Po drodze zobaczyłam na rozkładzie jazdy dwójkę, więc poszłam na peron drugi i tam czekaliśmy. W końcu pani zapowiedziała rychłe nadejście pociągu relacji Świnoujście – Katowice, ale mimo że się rozglądałam to w prawo, to w lewo, nijak nie mogłam dostrzec nadchodzącej ciuchci. Ale nagle, tuż nade mną, na wiadukcie, który wyglądał jak kładka dla pieszych, rozszedł się charakterystyczny szum. Uśmiechnęłam się i pokazałam ręką Malutkowi zwalniający pociąg:

– Popatrz! Ciuchcia tam je….

Zanim zdążyłam dokończyć zdanie, moim oczom ukazał się napis ICC i zamarłam. Przecież to był ten pociąg, którym jechały moje dzieci! Właśnie hamował na peronie, który był dwa piętra nade mną, jakieś sto metrów dalej, a mnie tam nie było!

I właśnie tu powracam to moich ćwiczeń crossfit, które w wersji mega intensywnej wykonałam po raz pierwszy w życiu i myślałam, że płuca, oba na raz, mi się odkleją i wypluję je razem z sercem, ciągnąc za sobą wypadniętą macicę i pęcherz. 

Kiedy sobie uświadomiłam, w jakiej jestem beznadziejnej sytuacji i że zaraz dzieci mi odjadą, mając na ustach coraz cichszy okrzyk “Mamoooo”, wzięłam 15 kilo mojego najmłodszego szczęścia, torebkę i pieska na sznurku pod pachę i wydarłam w stronę peronu jak poparzona. Już po drodze mijając bramki i przejścia przez tory słabły mi nogi, a kiedy stanęłam przed schodami miałam już jasno przed oczami. Jednak MAJĄC NA UWADZE MOJĄ TĘŻYZNĘ FIZYCZNĄ, postanowiłam ruszyć mimo braku sił, z obciążeniem piętnastokilowym na ramieniu, w górę. Kiedy wyłaniałam się z klatki schodowej mdlejąc prawie z wysiłku, z radością ujrzałam stojący jeszcze pociąg, który dawał nadzieję, że złapię moich chłopaków na tej stacji.

Zaraz potem spojrzałam na peron i zauważyłam w jak beznadziejnej jestem sytuacji. Pociąg stał na drugiej platformie, a ja miałam przed sobą głęboki dół, w którym biegną tory. Przez chwilę zaświtała mi genialna myśl, która w mig rozwiązałaby mój problem: parkour! Ale mając małe dziecko na ręku, postanowiłam zrezygnować z tej idei fix i po prostu zadzwonić do mojego syna i przekonać jego i panią, że jestem, że czekam, że mnie nie widać, bo stoję, o ironio, nie z tej strony peronu…

Na szczęście udało mi się odebrać dzieci, choć przytkało mnie na dłuższą chwilę. I z wysiłku, i z przerażenia, że mogłam być tak blisko i nie zdążyć odebrać synów z pociągu…

 

Ćwiczenia umysłowe, czyli mindfit


Po tych wszystkich intensywnych przeżyciach stwierdziłam, że chyba jednak wolę ćwiczyć mięśnie Kegla, leżąc na kanapie. Przynajmniej żadna kontuzja mi się nie przytrafi, ani odklejenie płuc. Do tego dodam jeszcze ćwiczenia mózgu, które niniejszym czynię, bo żadna laska nie jest atrakcyjna, jeśli nie ma nic błyskotliwego i dowcipnego do powiedzenia.

A ja chyba mam, no nie? (kto się pośmiał, niech kliknie “like”)