Kapcie, bambosze i laczki, czyli jak być damą w domu

9

Kapcie to zawsze był dla mnie upierdliwy problem. Bo żeby było ładnie i seksi, to by się przydał obcasik i futerko, a żeby wygodnie to może jakiś plusz i konstrukcja skarpetki. Koniec z końców kupiłam sobie coś, co moja przyjaciółka nazwała butami Heidi. Heidiklapki koło seksu nawet nie leżały, chyba, że ów miał miejsce na stogu siana w głębokim Tyrolu. Oznacza to, że wyglądu nie mają, a do tego są o rozmiar za duże, co powoduje, że takie mam historie, jak dziś…
 

Zwykle ma kłopot z kapciami, kiedy przyjdą goście albo jest jakaś uroczysta kolacja, a ja w sukni i laczkach na nogach. Więc wynalazłam sobie złote balerinki na takie specjalne okazje. Niby but elegancki, ale wygodny i chodzi się w nim jak na boso. Bo jakoś nie widzę się, podającą rosół w obcasach. Raczej bym się obawiała, że wejdę po drodze w miskę kota i rypnę wprost na stół jako danie główne. 
 
Kiedyś jednak, kiedy poszłam do mojej psiapsiółki w gości, nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Oto gwiazda wyskoczyła w takich słodkich pluszowych papuniach z pomponikiem z futerka! Że niby takie tigirigi, pupką zakręci i dama, choć w kapciach. Trochę się pośmiałam, ale z nutką zazdrości, bo to nawet seksi było, elegancko i do kiecki pasowało. Wkrótce otrzymałam od niej w prezencie identyczne laczunie, w stylowym, czarnym kolorze, z dziurką na polakierowany paluszek i z futerkowym pomponem. Jejku! Wyciągnęłam nogę i wsunęłam, niczym Kopciuszek, paputek na stopkę. Leżał idealnie! Od razu zarzuciłam nogą jak Jaworowicz i stałam się Panią Joanną, Panią Matką i Panią Żoną. Cud, miód, malina!
 
Jednak na co dzień do chodzenia obcasik troszku był niewygodny, więc rychło postanowiłam, że laczunie będą tylko na wyjątkowe okazje, czyli święta, uroczyste kolacje i urodziny męża. Do małej czarnej nie ma lepszych we wsi.
 
W tym samym czasie w Lidlu rzucili takie słodkie, pluszowe bamboszki, okraszone malutkimi kokardeczkami. W jednej chwili w ręku miałam różowe sweet mięciutkie papunie, które leżały na stopie jak skarpetka. A ja jako baby doll wywijałam nogami obutymi w pastelowy róż. Cóż, żywot moich słodkich paputek szybko się skończył, bo mój wielki palec wyrżnął sobie dziurę na czubku, a pięta lekko przydeptała zapiętek. Kiedy już moje butki nadawały się tylko do froterowania podłogi, postanowiłam raz na zawsze rozprawić się problemem mojego domowego obuwia.
 
Postanowiłam kupić kapcie nie do zdarcia, takie laczki – zapierdalaczki, bo przecież ja nie jestem w domu ani damą, ani lalunią, ani nie leżę i pachnę, tylko kuźwa biegam od kuchni do pralni, z parteru na piętro, od szczotki do szmaty. To po co mi papunie z pomponem z futerka?
 
Postanowiłam, że kupię sobie porządne lacze. Takie, które przetrwają najgorsze domowe huragany. Sprzątanie garażu, wyjścia do ogrodu i kubła na śmieci oraz sprzątanie rozlanych zupek, soczków i innych płynów. Kiedy rzeczone butki przyszły, oceniłam, że są solidne, nie do zdarcia i… niestety, brzydkie jak noc. Buty Heidi, jak mi powiedziała moja przyjaciółeczka. Ot i co! Wielkie mi rzeczy! Za to od trzech lat w nich chodzę w zimie i nic się z nimi nie dzieje! W środku skóra, na wierzchu szary filc, a sprytna zawleczka na guzik w stylu vintage, dodaje im delikatnego, rzekłabym, uroku. 
 
Kapcie jednak miały jedną wadę – były o rozmiar za duże. Bo ja to w jednym sklepie mam 38, a w drugim 39, no i stwierdziłam, że lepiej wziąć większe, żeby zaraz nie odsyłać z powrotem.  Buty zamówiłam w internecie, bo iść do sklepu z butami po kapcie raczej mi się nie chciało. Poza tym gdzie kupić takie domowe obuwie, no przecież nie w Venezii albo w Kazarze, no chyba że ktoś chodzi po domu w skórzanych balerinach z klamerką albo w czółenkach na obcasie. Nie, moje wnętrza są raczej przaśne i domowe, więc zawsze szukam takich wygodnych kapciuszków, miękkich i na zimę ciepłych. 
 
Tak więc moje buty Heidi, choć nie do zdarcia, okazały się od czasu do czasu spadać ze stopy albo zahaczać o coś. Z powodu zbyt dużego rozmiaru nie czuję ich dobrze na stopie i niekiedy gdzieś mi się zaplączą. Tak właśnie dzisiaj było, kiedy to wchodziłam z kawą w jednej ręce i komputerem w drugiej na piętro. Chciałam być jak Heidi, Heidi Klum i wejść elegancko, jak dama zręcznie pokonując schodki, choć w za dużych butach, ale cokolwiek mi nie wyszło, bo kapeć zahaczył mi o stopień i wypieprzyłam się jak długa, polewając kawą białą ścianę. Dość szerokim łukiem chlasnęłam tym zacnym napojem, bo wyszedł z tego pokaźny kolaż, nad którym mój mąż sapnął znacząco, ale się nie odezwał, chyba z racji mojego pokiereszowania. Otóż piżama podarła się, kolano krwawiło, a palec bolał jak cholera. 
 
Koniec z końców, dalej mam problem z kapciami, baby doll raczej nie będę, a do Heidi Klum niestety mi daleko.
 
O innych moich spektakularnych upadkach przeczytacie we wpisie o tym, jak byłam kozicą – akrobatką na rolkach i jak pijaną łanią biegnącą przez trawnik mojego ogrodu