Kiedy z dziećmi zaczyna być łatwiej? Jeśli w ogóle…

Kiedy z dziećmi zaczyna być łatwiej? Jeśli w ogóle…

Kiedy z dziećmi zaczyna być łatwiej? A jest w ogóle tak? Żarty jakieś, powiecie. Ale z mojego punktu widzenia, im dzieci starsze (pewnie do momentu dojrzewania) jest łatwiej o niebo i cały kosmos! Uświadomiłam sobie to ostatnio, kiedy dowiedzieliśmy się, że moja siostra jest w ciąży. Zapytałam wtedy męża, czy chciałby mieć jeszcze jedno takie malutkie, słodkie, różowe dzieciątko. Skrzywił się i machnął ręką, jakby chciał odgonić złe wspomnienie. Doskonale go rozumiem, bo choć małe dzieci są cudne i kochane, to i tak zdecydowanie wolę starsze. Po tym, co przeżyłam, kiedy chłopcy byli mali, musiało być lepiej…

Zanim chłopcy wyrośli


Czasem wspominam sobie ten czas, nawet czytając bloga, kiedy biegałam po domu z zadyszką, próbując ogarnąć troje dzieci, lekcje, sprzątanie i obiad. Na deser zwykle zostawał mi tylko ból głowy, który zagłuszałam kieliszkiem wina i tępym oglądaniem “M jak miłość”. Od tego czasu, mam wrażenie, dzieli mnie otchłań świetlna, jakaś ogromna czasoprzestrzeń. Dziś mam super, naprawdę nie mogę narzekać. Mimo że wciąż mam męża w delegacji, moje dzieci już wyrosły i jest mi o niebo łatwiej.

Jeszcze dwa – trzy lata temu czułam, że jestem sama w tym całym bałaganie. Krzyki dzieci, codziennie obowiązki, Malutek, do którego trzeba było w nocy wstawać, kąpać go, przebierać i znosić, kiedy był zmęczony. Brak wsparcia drugiej dorosłej osoby to było w tym wszystkim najgorsze. Czasem naprawdę nie wiadomo było w co najpierw włożyć ręce. Każdy domagał się uwagi. Najstarszy miał problem z lekcjami i trzeba było z nim pracować, najmłodszy płakał, biegał, krzyczał – jak to małe dziecko – mając w nosie, że do nauki potrzeba ciszy i skupienia. Zostawał średni, który musiał radzić sobie sam. Nie byłam już w stanie mu pomóc. 

To, co mi się kojarzy z tamtym etapem naszego życia, to chaos. Odrabianie lekcji, obiad, zmęczenie Malutka kumulowało się o jednej porze dnia i wtedy właśnie potrzebna mi była pomoc, której nie miałam. Właściwie powinnam położyć najmłodszego spać i dopiero zając się starszymi chłopcami. Ale wtedy byłoby już za późno na odrabianie zadań domowych. 

Czasem w takich momentach rozklejałam się z bezsilności, z natłoku krzyków i pisku, z konieczności biegania co chwila do Małego. Czasem emocje brały górę i darłam się na te dzieci jak wariatka. A potem miałam wyrzuty sumienia jak stąd do księżyca. Bo znów nie dałam rady, bo nerwy mnie poniosły, znów i znów.

Wsparcia, wyręczenia, chwili rozmowy – zero.

 

Kiedy z dziećmi zaczyna być łatwiej


Gdy teraz patrzę na Malutka, który potrafi bawić się godzinami sam, nie przeszkadzając mi w pracy czy innych obowiązkach, albo idzie się kąpać sam, doceniam ten luz. Mogę pracować. Mogę pisać. Mogę robić cokolwiek, co mi sprawia przyjemność. Nie muszę nosić dziecka na rękach, chodzić za nim, sprawdzać co chwila, co robi. Jaki to jest luksus, mówię Wam!

Starsi chłopcy sami już dojeżdżają rowerami do szkoły. Wychodzą i wracają sami – czekałam na to dobrych parę lat! Nareszcie nie jestem uwiązana ich grafikiem, nareszcie mam swój własny. Nic tam się specjalnie nie dzieje, nie myślcie sobie, ale przynajmniej spokojnie idę na fitness, na moje cotygodniowe spotkania z szefem, na zakupy czy do lekarza. Starsi chłopcy są też na tyle duzi, żeby zostać sami w domu. Wiem, że nic się nie stanie, bo dranie wykorzystują każdy moment braku mojej kontroli, żeby pograć na komputerze, więc mam prawie stuprocentową pewność, że nie ruszą się zza biurka aż do mojego powrotu. 

Mam już też trochę luzu z lekcjami najstarszego. Odpuściłam z odpytywaniem i ślęczeniem nad jego lekcjami. To była męka pańska i dla mnie, i dla niego. Efekt? Nie jest źle. Przez ten czas wspólnej nauki najstarszy zajarzył, że aby nauczyć się na sprawdzian nie wystarczy tylko przeczytać, a trzeba kilka razy temat powtórzyć. I o to właściwie cały czas chodziło – żeby nauczyć się uczyć i kontrolować swoje obowiązki. Jeszcze pamiętanie o sprawdzianach, kartkówkach i poprawkach to słaby punkt mojego syna, ale widzę, że już powoli, powoli to się zmienia na plus. Boże! Jak się cieszę, że nie muszę powtarzać tej durnej historii albo biologii! Ileż ja musiałam znowu tej wiedzy przyswajać, Jezusie, po co mi to było potrzebne? Aż głowa pękała od nadmiaru przetwarzanych wiadomości…

Odeszło mi też przygotowywanie śniadań i kolacji, bo chłopcy dają sobie z tym radę. Dla mnie to kilka kolejnych obowiązków mniej. I strzelania fochów, że tego nie, tamtego też nie. A zrób sobie sam! Masz ręce, szykuj sobie to, co ci się podoba! Więc robią te kanapki, tosty, mleko, a ja mam święty spokój. Ba, czasem korzystam w ich pomocy przy obiedzie. Oczywiście, zdarzyły się wpadki! Na przykład makaron został ugotowany al dente, płyta wyłączona, ale syn go nie odcedził i tak sobie leżał w gorącej wodzie aż do mojego przyjścia z przedszkola. Woda była już tak gęsta, że nie dało się z tym nic zrobić, a ja nie miałam nic innego na obiad. Jedliśmy te rozmoknięte kluchy aż się prawie porzygaliśmy, ale następnym razem makaron był już odcedzony.

Naszą piętą achillesową nadal jest sprzątanie, ale przynajmniej chłopcy sami robią sobie pranie, z tym udogodnieniem, że nie już muszę im o tym przypominać. Powiem Wam, że jak zobaczyłam najstarszego syna schodzącego bez żadnego mojego przypominania na dół z koszem do prania, myślałam, że zejdę z wrażenia! Stało się! Oto jestem wolna od ich prania! Sami już kontrolują stan swojej garderoby i wiedzą, że na dłuższą metę nie da się pożyczać skarpetek od ojca, bo w poniedziałek rano, kiedy się zorientuje, że jest pusto w szufladzie, będzie z nimi źle.

W końcu jakoś sobie radzę i nie padam wieczorem ze zmęczenia na twarz. To spore osiągnięcie przy trójce dzieci!

 

Nie zawsze jest jednak tak dobrze


Żeby nie było tak kolorowo, zdarza się, że jest źle. Czasem mam płacz na trzy głosy i choć to nie jest już płacz niemowlęcia, muszę reagować i dotrzeć do sedna sprawy. Czasem słyszę pełne emocji tupania nogami, rzucanie koszem na śmieci czy trzaskanie drzwiami. Kłotnie i skakanie sobie do gardeł. Emocje, które ciężko jest opanować, żale, pretensje, nerwy…

Wiele razy moja rola polega na negocjowaniu, mediacji i merytorycznej dyskusji. Z każdym trzeba rozmawiać, wysłuchać racji, coś poradzić. “To niesprawiedliwe”, “To nie fair”, “To on zaczął”, “Ty debilu” to częste teksty w naszym domu. Nie chcę myśleć, co będzie, gdy do tej mieszanki emocji włączy się jeszcze Malutek.

Na razie często, próbując dotrzeć do moich chłopaków, mam mur przed sobą. Mam jednak nadzieję, że pomimo kompletnie innego spojrzenia na dany problem, coś im zostanie w głowie z moich racji. Czasem jednak gadam, powtarzam, proszę sto razy, żeby osiągnąć jakiś cel i nic kompletnie nie działa. No, szantaż albo krzyk. Ale to przecież jest tak mało wychowawcze…

Pojawiło się już też pyskowanie, małe kłamstewka, lawirowanie, żeby nic nie zrobić, ignorancja na moje prośby czy polecenia. Chłopcy już więcej potrafią, więc i wymagania mam większe, rozdzielam zadania i obowiązki, co nie spotyka się z zachwytem, a raczej buntem i niechęcią.

Jest jeszcze internet i gry, nad którymi coraz trudniej mi zapanować i wyegzekwować racjonalny czas korzystania. Wiecznie są z tym przepychanki, zasady są łamane, egzekwowanie nie działa, bo musiałabym non stop nad nimi stać i pilnować. Chyba też nie jestem zbyt konsekwentna, a oni to w naturalny sposób wykorzystują. Nie chcę stosować kar, bo to też niewychowawcze… Pozostaje tylko ciągła baczność, uwaga, skupienie nad tym, co robią – na dłuższą metę mam z tym mega problem.

 

Dlaczego starsze dzieci są fajniejsze?


Jednak pomimo tych wszystkich wychowawczych problemów, wolę moich synów takich właśnie – starszych, samodzielnych i pomocnych. To, co od nich otrzymuję, ma dla mnie niesamowitą wartość. Dają mi wsparcie. Pomoc. Zrozumienie. Czasem nie muszę tłumaczyć – oni wiedzą, co mają zrobić, żeby opanować sytuację, która wymyka mi się spod kontroli. Wiem, że przy prostych zadaniach, które powinien ogarniać mój mąż, często już może mi pomóc najstarszy syn. Skleić szafkę, przynieść drewno do kominka, rozładować zakupy – właśnie w tym wyręcza mnie mój syn. Z niedowierzaniem widzę, że on wie czasem więcej niż ja. Że się na czymś zna, że potrafi. Już nie muszę go niańczyć, on spokojnie da sobie radę z różnymi sprawami bez mojej obecności z boku.

A do tego mogę z nim już pogadać prawie jak ze starym. Mogę pożartować i on rozumie te żarty, ba sam umie powiedzieć coś błyskotliwego, coś, co mnie rozśmieszy. Żarcik. Uszczypliwość. Sarkazm. Choć oczywiście większość dowcipów z których się śmieje, to nędzne suchary, myślę, że w końcu się wyrobi. Na razie potrafi nas rozbawić fajnymi tekstami i to nas często rozbraja.

Kiedy się nie kłócimy, a dzieci nie walczą między sobą, jest fajnie, wesoło, gwarnie – jak to w dużej rodzinie. Wiem, że to jest ten moment, że za chwilę zaczną się problemy z buntem nastolatka, z jego chęcią wyrwania się z domu, z kolegami, używkami, imprezami… Wiem, że nie będzie łatwo, ale napawam się na razie tą chwilą, kiedy mam względny luz, łatwiznę i trochę wolności, na którą tak długo czekałam.

Jeszcze tylko muszę poczekać na Malutka, jeszcze kilka lat i naprawdę odetchnę pełną piersią…