Ja i męski świat, który mnie otacza

Ja i męski świat, który mnie otacza

W fazie planowania pierwszej ciąży nie wyobrażałam sobie, że będę miała syna. Raczej córkę. Z dziewczynką teoretycznie wiedziałam jak się obejść, no i taka więź płci, solidarność jajników. Tymczasem na USG zamajaczyły nieśmiało jajka. Kuźwa! I co ja z tymi jajkami pocznę, jak ogarnę ten męski świat? – przeraziłam się nie na żarty, choć to był tylko początek. Bo nawet w najśmielszych dywagacjach nie zakładałam, że otoczy mnie aż taka ilość testosteronu.

W planach więc miałam urodzenie ślicznej dziewusi, w kręconych włoskach upiętych w kiteczki, z dużymi oczami w kształcie migdałów, w balerinkach i spódniczce z tiulu. Ale nic z tego! Wyszło chłopię z łatami na kolanach, z pistoletem w brudnej rączce i samochodzikiem w drugiej. A potem drugie i trzecie. Dokładając męża i kocura – wszak tej samej płci – mój świat to z grubsza męski świat.

Chcąc nie chcąc, stałam się jego częścią. Musiałam zmierzyć się z nim, stanąć w kontrze i odnaleźć w niezrozumieniu. Zrobić wszystko, żeby czuć się jak kobieta w roli żony i matki, a nie sprzątaczki, pomywaczki i praczki. Musiałam go oswoić, poznać i zaakceptować.

A przecież oni są z innej planety! Trochę o tym wiedziałam, ale wiedzieć to jedno, a doświadczać, to drugie i, niestety, niełatwe. Trzeba było znaleźć jakąś instrukcję obsługi, jakiś klucz do tego męskiego świata. Począwszy od zachowania, a kończąc na takich przyziemnych sprawach jak ciuchy czy zainteresowania. 

 

Męska garderoba


Męska garderoba –  krawaciki, muszki, szelki, bokserki i koszulki z napisem “Lewandowski” – poruszam się w tym temacie już całkiem swobodnie. Do tego doszła umiejętność wiązania krawatów czy dobierania skarpet w pary, z których każda jest mniej lub bardziej czarna i różni się od drugiej fakturą na czarnym tle, odcieniem czerni, innym, acz czarnym ściągaczem albo długością swej czarnej konstrukcji. Dobranie tego w pary oznacza sterczenie w pralni i nadwyrężanie wzroku przez dobrą godzinę. Traktuję to jak rodzaj medytacji, wejścia w pewien niebyt, w którym uwalniam swój umysł od toksycznych myśli, aż osiągnę dno. Dno miski ze skarpetami.

 

Męska nomenklatura


Nazewnictwa z działu “Mężczyzna” nie używałam nigdy albo bardzo sporadycznie, czerwieniąc się z pewnej takiej nieśmiałości aż po uszy. Siusiak, penisek, fiutek, jajka… Emmelard. Emmelard? Tak, tak właśnie nazwał swoje klejnoty mój syn i musiałam z należytym szacunkiem, wszak to centrum męskiego wszechświata, posługiwać się i tą nazwą. Tak, pewne słowa dotąd nie przechodziły mi przez gardło. 

A tymczasem…

“Umyj nogi, pachy i siusiaka! Tylko ściągnij skórkę” – w życiu bym nie pomyślała, że będę rzucać takie teksty, a ja drę się tak co wieczór. “Od tego płynu do higieny intymnej moje jajka nie kleją się przez tydzień!” – słyszę od syna i już wiem, z jakimi problemami borykają się mężczyźni. “Mamo, boli mnie siusiak” –  a ja lecę z kieliszkiem Rivanolu, żeby ulżyć mojemu synowi w bólu. 

Co ja kiedyś wiedziałam o życiu?

 

Nic nie wiem, nic nie widzę


“Mamo, gdzie są nożyczki?”,  “W szafie nad piekarnikiem, na dolnej półce, po lewej, w kubku!”,  “Nie ma!” – oczywiście są, ale ja musiałam nauczyć się, że faceci nic nie widzą i hasło “nie ma” odbija mi się czkawką, bo muszę zwykle wstać, pójść do rzeczonej szafki i z kubka wyjąć nożyczki. Z dolnej półki, po lewej stronie.

“Asia, nie wiesz, gdzie jest moja wkrętarka?” – no a skąd mam wiedzieć, skoro jej nie używam? Jednak mąż zawsze przychodzi do mnie, kiedy czegoś nie może znaleźć. Nawet wkrętarki, kombinerek czy kila gwoździ.

Ciągle giną moje nożyczki, pincety i miarka, którą chcę mieć pod ręką, żeby nie mierzyć centymetrem krawieckim. Nigdy nie wracają na miejsce, a ja je odnajduję przypadkiem w garażu, na tarasie, na oknie, strychu czy innym dziwnym miejscu, które na pewno nie jest miejscem, w którym ta rzecz powinna się znaleźć.

 

Strzelanki i mecze piłki nożnej


Dobra strzelanka zawsze jest lepsza niż jakiś głupi serial, ale jeszcze ostatnimi siłami wyrywam pilota i stawiam na swoim. Wiem, że niedługo to się zmieni i niewiele będę miała do powiedzenia wybierając program do oglądania. Nawet nie chcę myśleć jak to będzie, kiedy czterech moich facetów zasiądzie przed telewizorem, popijając piwko i drąc się przeraźliwie w momencie wpadnięcia piłki do bramki. Chyba z krzykiem ucieknę do sąsiadki na pogaduchy. Choć nie, ona też ma trzech facetów w domu…

 

Ogarnąć ten męski świat i nie zwariować


“Jak ty sobie radę dajesz z czterema facetami?”, “Ty jedna i ich czterech – pewnie ci ciężko?”, “Musisz się czuć jak księżniczka” – spekulują inni. OOO! Z tym bym nie przesadzała!

Postanowiłam, że ja ich obsługiwać nie będę, pod nos podstawiać, usługiwać. Nauczyłam prać, przygotowywać proste potrawy, sprzątać pokój i toaletę. Pamiętać o urodzinach, kwiatach i prezentach, o odpowiednim obchodzeniu się z kobietami. 

Jednak czasami nie chce mi się już gadać. Odstawiam ich buty na półkę, sprzątam porozrzucane ciuchy i toaletę. Ileż razy można mówić to samo? Czasami tyle kłapię koparą, że sama już nie mogę siebie słuchać. Mam jednak wrażenie, że  po nich i tak to spływa jak po kaczce. Myślę, że mężczyźni mają taki system obronny i w pewnym momencie wyłączają percepcję słuchu i po prostu nic do nich nie dociera. A ja jestem elementem denerwującym, coś jak mucha, którą trzeba odgonić.

 

Są jednak plusy 


Kiedy dowiedziałam się, że ostatni to też będzie syn – odetchnęłam z ulgą. Bo przecież ciuchy, zabawki, mebelki, bajeczki i sterta hot wheelsów nie wyląduje w koszu, tylko znajdzie nowego właściciela. A jaka to oszczędność! Poza tym dziewczyna to od razu przemeblowanie i w mentalności, i w mieszkaniu. Różowe ciuszki? Gumeczki, spineczki i opaski? Nie znam tego. Do tego lalki Barbie, pet shopy, Lego friends? Nie, nie wiem, a w jakim to języku?

Plusem też jest to, że nie muszę rano czesać moich chłopców w kiteczki czy warkoczyki. Nie mam problemu z wyborem ciuchów, a mąż nie musi wiedzieć, co to jest spódnica i jakie do niej dobrać rajstopki. 

Mogę liczyć na pomoc w przeniesieniu zakupów, wyniesieniu albo podniesieniu czegoś. Zachęcam też chłopców do prac technicznych i mam nadzieję, że nadejdzie taki czas, że nie będę musiała prosić sto razy o wywiercenie dziury w ścianie, tylko wydam polecenie i już będzie zrobione. Że nie będę musiała znać się na komputerach i innych sprzętach elektronicznych, bo moi chłopcy rozkminią to w pięć minut. I że zatankowanie, umycie samochodu i wymiana opon to nie będzie już mój obowiązek.

Mam w planach nie czuć się już jak heroina – pisałam o tym we wpisie o wpadce z trzecim dzieckiem –  nie jak Pani Iniemamocna czy jakaś supermenka. Wiem, że nie będzie łatwo, że muszę strategicznie ustawić się w tym towarzystwie, muszę być kimś, kto będzie dawał im trochę kobiecego ciepła i zarządzał tym chaosem jak generał. Ale uda się, wierzę w to, że wychowam moich chłopców na fajnych facetów, z których nie tylko ja będę miała pożytek!