Moja ulubiona zabawka

93

Mój średni syn co tydzień musi napisać krótkie opowiadanie na różne, zadane przez panią tematy. W tym tygodniu tytuł rozprawki brzmiał: “Moja ulubiona zabawka”. Sprowokowało nas to do rozmowy o tym, czym można się bawić, a mnie trochę do powrotu w czasy, kiedy sama byłam dzieckiem.

W dzisiejszych czasach pokoje naszych dzieci zawalone są zabawkami po sufit. Oferta w sklepach jest zresztą bogata, nic, tylko korzystać. Wydając straszne pieniądze na różne, emanujące wszystkimi kolorami tęczy zabawki, mamy nadzieję, że nie tylko zajmą nasze dziecko, ale koniecznie też je czegoś nauczą. A, choćby liczenia, śpiewania, matematyki czy geografii. Półki uginają się od wszystkich bohaterów bajek, od wspaniałych konstrukcji i najbardziej fantazyjnych zestawów, jakie sobie można tylko wymarzyć. Dlatego temat rozprawki o ulubionej zabawce wydał mi się banalnie prosty. Jednak pogawędka na ten temat doprowadziła nas w miejsce, z którego moje dziecko nie umiało wybrnąć.

W niedzielę rano syn przybiegł do mojej sypialni z pytaniem, czy może iść zagrać na x-boxie. Ponieważ jest to weekend, zwykle mu pozwalam, ale teraz przypomniało mi się, że nie napisał jeszcze ani jednego zdania na wtorkowe zadanie domowe. Wolę rozłożyć to na raty niż mordować się w jeden wieczór. Taki sposób gwarantuje mniej nerwów dla obu stron.

– A ty pamiętasz, że masz napisać opowiadanie? 
– Pamiętam… – mówi zniechęcony, bo już wie, że nici z grania i trzeba będzie wysilić mózgownicę.
– To ile zdań dziś napiszesz? – od razu ustalam limity, żeby wycisnąć z niego ile się da. Ostatecznie trzeba napisać minimum pięć zdań.

Po krótkiej licytacji ustalamy, że dziś ułoży dwa zdania, a może trzy w przypływie rzadko objawianego natchnienia.

– No to co napiszesz? – zagajam w nadziei, że szybko coś wymyśli i pójdzie łatwiej.
– “Moja ulubiona zabawka to…” – zaczyna sztampowo. 
– Poczekaj. Zacznij może od jednego zdania bardziej ogólnego, które będzie wstępem. Wyobraź sobie na przykład, co by było, gdyby nie było zabawek.
– Byłoby mi nudno.
– Masz więc już pierwsze zdanie! To jak je napiszesz?
“Zabawka jest po to, żebym się nie nudził” – no i git, niech będzie.

Ponieważ nie chciałam zbyt ingerować w jego opowiadanie, nie wtrącałam się już ani w treść, ani w brzmienie. Niech to będzie jego zdanie. Zresztą, kiedy zeszłam na dół, okazało się, że już wymyślił kolejne. Brzmiało ono tak: “Zabawki to nie tylko: lego, samochody, ale rurzne inne zabawki”. Kiedy poprawiliśmy “rurzne” na “różne” wyglądało to już lepiej, ale trochę za dużo było tu powtórzeń.

– No dobre jest to zdanie, tylko za dużo tutaj słowa “zabawka”. Może byś je zmienił na jakieś inne?
– Hmm… może “rzeczy”? – proponuje.
– No dobrze, może być. I to jest, powiem ci, dobre słowo, bo teraz możesz napisać jakie to rzeczy mogą być zabawkami.
– No nie wiem…
– Pomyśl sobie: wychodzisz na ogród i nie masz zabawek, to czym byś się mógł pobawić? – uśmiecham się i już uruchamiam wyobraźnię patrząc li tylko w malutki ogródek, ale przecież tak pełen możliwości.

Przypominam sobie jak biegałam po podwórku z kuzynami i bawiliśmy się czym bądź i wcale nie było nudno. Jak wspinaliśmy się na drzewa, bawiliśmy się w chowanego, podchody, a jak byłam starsza to przesiadywaliśmy na ławce gadając i dłubiąc słonecznik. Była skakanka, guma, klasy i nasze towarzystwo. To wszystko miałam na myśli, kiedy zapytałam syna, jak mógłby się pobawić nie mając lego, samochodzików i x-boxa.

I teraz stało się coś, co mnie kompletnie zaskoczyło. Mój syn zaczął błądzić po bezdrożach swoich myśli i nic nie mógł wymyślić! Hellou! A kamienie, a piasek, a patyk??? Znów wróciłam myślami do mojego dzieciństwa, kiedy gotowaliśmy zupę z piasku, budowaliśmy szałasy z patyków czy domki na drzewach. I choć nie mieliśmy tylu fajnych rzeczy, co moje dzieci teraz, nigdy się nie nudziliśmy (o swoim dzieciństwie pisałam tu).

Po dłuższej chwili mój syn mówi:

– Pokopałbym piłkę.
– Ale nie masz żadnych zabawek, piłki też nie.
– Hm… nie wiem…
– No pomyśl: masz las, ziemię, krzaki…
– Mógłbym się pobawić zabawkami w piaskownicy!
– Ale nie masz zabawek. Nic nie masz, tylko samą naturę. To co byś wymyślił, żeby się pobawić?
– Hm…

W tym momencie do rozmowy włącza się mój mąż:

– A kojarzysz czym bawi się Mały? Co go interesuje?
– A tak! Na przykład bawi się śrubkami lub narzędziami!
– No właśnie, to też może być zabawka! – wykrzykujemy z mężem podnieceni mając chyba w głowie wspomnienie jak sami się tak bawiliśmy.
–  Albo nosi patyki, układa deseczki czy brykiety do palenia…
– No widzisz, tak naprawdę ogranicza cię tylko twoja wyobraźnia. Możesz się bawić całkiem innymi przedmiotami niż zwykłe zabawki i też mogą być one ciekawe! – cieszę się jak głupia, że moje dziecko w końcu otworzyło swój umysł na trochę inny sposób myślenia, że zauważył więcej niż to, co jest oczywiste. Że wzniósł się ponad granice zwykłego pojmowania rzeczy… Ale zaraz następuje coś, co zabija mój entuzjazm:
– No dobra, mamo, to mogę już iść zagrać?

AAAAAAAAAA!!!

No właśnie, kupujemy dzieciom tony zabawek. Różne, śmieszne zestawy, które liczą, mówią litery, śpiewają piosenki i to w dwóch językach. W każdej coś się przyciska, coś otwiera, coś brzęczy. Wszystkie są kreatywne lub edukacyjne. Wszystkie mają atest.

Ale przypadkiem podając gotowce pod nos nie zabijamy w dzieciach kreatywności? 

Czasem patrzę na swoje najmłodsze dziecko, który żywo jest zainteresowany nakrętkami od śrubek i od butelek, jakimiś kabelkami czy deseczkami. Coś tam buduje, wkłada jedno w drugie, nakręca i odkręca. On widzi potencjał w takich zwykłych rzeczach, które nikogo nie obchodzą. Kiedy pewnego razu odwiedziłam koleżankę, największą jego uwagę przyciągnął koszyk z różnymi drobiazgami – taki, do którego wrzuca się różne niepotrzebne rzeczy. Postanowiłam też zrobić mu taki koszyk. Wrzucam tam pudełka po kosmetykach, jakieś zużyte maskary, słoiczki, klamerki, słowem pierdółki, które nie są mi potrzebne, a inspirują i zajmują uwagę mojego syna. Czasem, kiedy mamy kryzys, wyciągam to magiczne pudełko i mam chwilę upragnionego spokoju, a przy okazji nadzieję, że jednocześnie rozwijam jego kreatywność.

Co o tym myślicie? Czy Wasze dzieci też nie potrafią bawić się, jeśli w pobliżu nie ma gier komputerowych bądź gotowych pomysłów na zajęcie ich wolnego czasu?