Niedzielny obiad z trójką naszych dzieci

2 120

Traktorki dla dzieci, zabawki rolnicze. Traktorki Rolly Toys. Brykacze.pl - sklep z zabawkami.

Na niedzielny obiad z trójką naszych dzieci wybraliśmy się wracając z wycieczki w góry. Znamy taką dosyć fajną knajpę w górach, ale tym razem kazali czekać na zamówienie czterdzieści minut. Z małym dzieckiem? Zrezygnowaliśmy i wybraliśmy karczmę na trasie w drodze powrotnej. Tak jak zwykle nie mam problemu z dziećmi w restauracji, tak teraz… wszystko poszło nie tak… 

Stanęliśmy na parkingu i ruszyliśmy niepewnie w stronę karczmy. Z zewnątrz trochę przaśnie i swojsko – idealnie, siary nie będzie jak się tam rozłożymy z naszą zgrają. Wyglądało, jakby było zamknięte, ale jednak okazało się, że w środku jest kilka zajętych stolików. My jednak poszliśmy dalej. Za drzwiami z wyjściem na taras efektownie prezentowały się zielone krzewy, kwiaty i łąka. No fajnie, nie ma to jak obiad na świeżym powietrzu z wybiegiem dla dzieci – pomyślałam i bez zastanowienia poszłam w tamtą stronę.

Dzieciaki podbiegły do stolika osłoniętego ogromnym parasolem. Rozłożyliśmy się i już mi się przestało podobać. Stolik był trochę za mały jak dla nas, do tego okrągły i szklany. Wszystko to sprawiało wrażenie nieuchronnej katastrofy. No ale już nie zmienialiśmy miejsca na wygodniejsze w środku, tym bardziej, że tuż za tarasem pysznił się elegancki plac zabaw. Uśmiechnęłam się z nadzieją, że dzięki niemu uniknę marudzenia w oczekiwaniu na zamówione potrawy.

Zaraz jednak uśmiech zszedł mi z twarzy. Z krzykiem i piskiem, nie zważając na innych jedzących w ciszy gości, moje starsze dzieci pobiegły w stronę placu. Za nimi Mały, który nie wyrobił na zakręcie, przewrócił się i zaczął płakać w głos. Wszyscy się obrócili w naszą stronę oglądając nas jak żywą instalację w muzeum niezwykłości.

– Ej!!!! Poczekajcie! Trzeba zamówić jedzenie! – zasyczałam głośno za nimi i podniosłam Malutka.

Moje pociechy usiadły niepocieszone za stolikiem i zaczęły czytać menu komentując głośno poszczególne potrawy. Mały niezrażony glutem przyczepionym do nosa rozchmurzył się trochę i zaczął zaglądać chłopakom w karty. Najstarszy od razu przeszedł do napojów.

– Mogę Mirindę? – nie wiem, po co się pyta, skoro i tak nie może. Ale trzeba sobie pogadać.
– Nie, nie możesz. Sok albo woda – proponujemy.
– Ej, a tu są naleśniki! – krzyczy znowu na cały taras.
– Boże… naleśniki masz co niedziela w domu! I ciszej mów.

Nic to nie daje, bo wciąż przy naszym stoliku nadal panuje harmider. Ludzie powoli zaczynają wychodzić. Rzekłabym: ufff. Szybko zdecydowaliśmy się na potrawy. Większość wzięła ruskie pierogi, bo w domu tego nie ma, a każdy ma na nie ochotę. Do tego flaki dla taty, rosół dla Malutka i żurek w chlebie dla najstarszego.

– Ale ty zjesz i żurek i pierogi? – pyta go mąż .
– Jak nie zje to ja dokończę jego żurek – mówię.
– Ja też chcę rosół – wyrywa się średni.
– To zjesz po Małym, bo on  pewnie tylko trochę popróbuje.

Czyli plan był tak: Malutek je zupę na pół ze średnim, najstarszy na pół ze mną, tata, ja i najstarszy mają pierogi dodatkowo i wszyscy się dzielimy z Małym. W tym zamieszaniu średni został tylko z połową zupy.  Tak nakręciliśmy, że to nie mogło się udać. Nie wiem, co nas tak natchnęło, bo zwykle każdy dostaje michę i jest po problemie. Tylko, że zawsze połowa jedzenia się marnuje. Tym razem postawiliśmy na wersję ekonomiczną, która jednak w ciągu posiłku ewaluowała, bo nie dało się inaczej.

Najpierw przyszedł rosołek dla Malutka. Zanim ten się usadowił i wziął łyżkę w garść, już średni połowę zupy mu wyjadł. Okazało się, że obaj głodni są jak wilki, a Mały nie ustępuje w apetycie średniemu w żadnej mierze. Kiedy przyszła kelnerka z zupą dla męża domówiliśmy więc kolejny rosół.

Ponieważ średni syn czekał na swoją zupę, zaczął się nudzić. W tym momencie do stolika podszedł jakiś miejscowy kot. Syn zerwał się podekscytowany, żeby go pogłaskać, na co od zupy oderwał się Malutek, również żywo zainteresowany kicią.

– Hej, siadajcie do stołu, bo Mały nie zje zupy!
Niewiele to daje, kot wygrywa z rosołem. Zostaje więc rosół Małego w pół nietknięty, a następny właśnie ląduje średniemu przed nosem.
– AAAA, gorący!! – krzyczy. 
– No bo rosół ma być gorący – tłumaczę, ale wiem, że to nie zadziała.

Zresztą nie ma już do kogo gadać, bo moje najmłodsze dziecko zajęte jest bieganiem za kotem, a średni odkrył stojącą w pobliżu deskorolkę. Staje na niej i podjeżdża do schodków zatrzymując się w ostatnim momencie, tak, że mam wrażenie, że zaraz z nich zjedzie.

– Musisz to robić? Zejdź z tej deskorolki, bo sobie wybijesz te dwa nowe zęby na przodzie! – wstawiam teksty w stylu babci Jadzi.

Na szczęście działają, ale nie mogę się zrelaksować, siedzę jak na szpilkach, bo Malutek właśnie wchodzi na zjeżdżalnię, a zjeżdżalnia jest wysoka…
– Chcesz tę zupę? – pyta mąż, bo dla niego jest za słona.
– Daj, zjem, a ty idź do dzieci.
Za chwilę przychodzą pierogi. Stół zawalony talerzami z niezjedzonym rosołem, koszykiem ze sztućcami i chlebem, no i dodatkowo te talerze z pierogami. Czuję, że zaraz wybuchnie bomba na tym stole.

Na widok pierogów najstarszy syn podsuwa mi pod nos swój żurek. Jem ten żurek, a z boku widzę piękne chrupiące pierogi, które właśnie stygną. Mąż wraca z dziećmi z placu zabaw i domawia pierogi dla Małego, bo ten jakby nigdy nic rzuca się na talerz taty. Mąż dojada rosół i zabiera się za swoje danie. Średni je zimny rosół. Sytuacja wydaje się być opanowana. Ale nie!

Nagle zdajemy sobie sprawę z tego, że nie zamówiliśmy nic do picia. Pani kelnerka przynosi dwie wody i mówi, że ma tylko gazowaną. Nie za bardzo nam to pasuje, ale okazuje się, że jest jeszcze woda lekko gazowana. Zamawiamy. Kelnerka przynosi Cisowiankę perlaż. O ja cież pierdzielę, zrobiło się jakby luksusowo, zabrakło tylko kapelusza w stylu Moniki Belucci. Ową wodą raczą się moi starsi synowie, acz tylko usta moczą, bo zawartość butelek jest prawie nietknięta, na szczęście tych małych butelek. Szkoda zostawić, w końcu to haj klas. Patrzymy z mężem na siebie i chwytamy za butelki. Po chwili, półleżąc, ożarci i opici jak bąki wypuszczamy lekko gazowane bańki nosem. Przypominam sobie reklamę tej wody i zdaję sobie sprawę w jak dalekiej znajdujemy się rzeczywistości. Dalszy rozwój wydarzeń potwierdza tylko moje ogólne wrażenie.

Z chwilą, gdy wystygł rosół, średni zabiera się za jedzenie. 
– Ale dobry rosołek – mlaska z rozkoszą i za chwilę dodaje – A na placu nie dali znaku “Zakaz sikania”!
– A po co? – pytam zdezorientowana.
– Jak nie ma zakazu to pójdę tam i podleję roślinki! Jakieś pokrzywy. I urosną aż do kosmosu!

Zanim zdążę wybić mu z głowy te pomysły, na hasło “pokrzywy” mój najstarszy syn podskakuje nagle jak poparzony. Za chwilę raczy nas opowiastką z gatunku “kupa, dupa i klop”, czyli dowcipów niezbyt górnych lotów, choć niezmiennie wywołujących (czego nie mogę zrozumieć) salwy niepowstrzymanego śmiechu wśród moich chłopców.

– A wiecie? W takim jednym filmie była taka scena, że syn poszedł zrobić kupę w krzaki i nie miał czym, to się wytarł pokrzywami! A jego tato powiedział, że teraz nie będzie mógł wysrać się przez tydzień! 

Tak jak mogłam się spodziewać, średni syn parska śmiechem już przy słowie “kupa”, wypluwając wokoło makaron, marchewkę i oblewając się zupą. Wszystko ląduje na stole, a my z mężem wycieramy z twarzy resztki rosołu. Zamykam oczy i liczę do trzech. Chyba mnie zaraz kurwica strzeli, ale opanowuję nerwy, bo mąż płaci i pośpiesznie wychodzimy zostawiając marchewkę przyklejoną do blatu.

Chyba na jakiś czas damy sobie spokój z obiadami poza domem. 

Może ci się również spodobać
2 Komentarze
  1. MatkaBezKitu mówi

    My już dawno do takich wniosków doszliśmy! 🙂

    1. Joanna - Dom na głowie mówi

      A ja dopiero teraz! Coraz trudniej ogarnąć taką ferajnę 🙂

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.