O zasadach przy trójce dzieci

O zasadach przy trójce dzieci

Zasady wychowywania dzieci wprowadzają pewne standardy do domowego życia, porządkują je i stawiają wymagania. Trudno je jednak respektować i egzekwować, a wraz z dorastaniem dzieci, pryncypia ewoluują i zmieniają się. Odkryłam to niedawno, kiedy ze zdziwieniem stwierdziłam, że różnią się one od tych początkowo przeze mnie ustalonych. Niektórych zasad nie dało się wprowadzić w naszym domu, z innych zrezygnowaliśmy, a kilku wymagam aż do bólu i na pewno nie odpuszczę.

Kiedy zostałam matką po raz pierwszy miałam ambitne plany co do sposobu wychowywania mojego dziecka. Chciałam, żeby zdrowo się odżywiał, dużo edukował i otrzymał od nas wszystko, co najlepsze. Wszystkie zabawki były edukacyjne i z certyfikatem, chodziłam na różne zajęcia dodatkowe, a to, co jadł było dla mnie przedmiotem dyskusji z dziadkami, z mężem i samą sobą. Tak, chciałam być mamą z gazet i książek, a dziecko miało być skrojone według moich wyobrażeń. Krótka rozmowa ze znajomym dała mi do myślenia, bo uświadomiłam sobie, jak daleko znajduję się teraz od moich ideałów sprzed 10 lat.

 

Wyobrażenia to jedno, a życie – drugie

Niedawno byłam na krótkim szkoleniu. Prowadzący, jak się w trakcie okazało, był ojcem kilkumiesięcznej córeczki. Szybko znaleźliśmy więc wspólny temat do wymiany doświadczeń. Od razu zorientowałam się, że chłopak ma zdecydowane poglądy na wychowanie swojej małej dziewczynki, która na razie jeszcze nic nie rozumie, ale już jest w centrum zainteresowania i rodziców, i dziadków. “Nie dajemy naszej córce żadnych słodyczy”, “Babcia, musi trzymać się naszych zasad, bo dostanie zakaz wizyt”, “Mała ma stały plan dnia i zasypia sama” – usłyszałam jasne komunikaty. 

Włosy stanęły mi dęba. Przecież ja to wszystko znam! Skąd? Ano stąd, że kiedyś, dawno temu, też chciałam być tak ambitna i tak samo chciałam wychować moje dziecko. Zobaczyłam siebie sprzed 10 lat z głową pełną ideałów i pomysłów na moje nowe życie.

Tylko co się stało w tak zwanym międzyczasie? Gdzie się podziały moje zasady? 

No tak, urodził się drugi syn, ja zostałam z nimi jak zwykle sama, bo mąż pracuje ciągle poza naszym miejscem zamieszkania, i szybko zapomniałam o tych moich zasadach. Jedne się nie sprawdziły, powstały nowe, z innych sama zrezygnowałam, bo trudno mi było je egzekwować. Przybył kolejny członek rodziny, a starszy syn stał się przedszkolakiem, który komunikuje swoje potrzeby, wyraża swoje zdanie lub sprzeciw. Czasem trzeba było ustąpić, a czasem chwila ciszy dzięki mało edukacyjnej, ale za to zajmującej, bajce, była bezcenna. Im dziecko było starsze, przybywało mu też innych zadań. Regularne chodzenie spać, mycie zębów czy sprzątanie ubrań w łazience – to były nowe obowiązki.

Kiedy pojawił się po dłuższej przerwie Malutek, byłam już wyleczona z ideałów. Wiedziałam, że wychowam go po prostu, z zadami, ale nie wpadając w skrajności.

Żadnych słodyczy, zdrowe odżywianie i edukacja od kołyski 

Wraz z pojawieniem się pierwszego syna chciałam wprowadzić zdrowe odżywianie. Zaczęłam interesować się składem potraw, wyrzuciłam wszystkie gotowe obiady z woreczków, zrezygnowałam z niezdrowych i przetworzonych produktów. Zaczęłam robić przetwory, piec chleb, a nawet kupiłam piersi z ekologicznego kurczaka za 70 zł/kg, żeby ugotować małemu eko -rosołek. Przygotowałam zupkę w słoiczkach, a syn i tak ich nie zjadł. Wkrótce odkryłam, że ciężko żyć ekologicznie, bardzo drogo i niewygodnie. Jednak te moje przestawienie się nie poszło na marne. Choć żywność kupuję w zwykłych marketach, często zwracam uwagę na etykiety i staram się wybierać zdrowe produkty. I dalej robię przetwory.

Planowałam również, że moje dziecko nie będzie jadło słodyczy. Po co w końcu dziecku tyle cukru? Zaraz jednak babcia ulitowała się nad wnusiem: “No jak tu dziecku nie dać czekolady? W końcu babcia jest od rozpieszczania!”. Tym argumentom ciężko było się sprzeciwić i przekonać do rezygnacji z ciastek i cukierków. Prawdę mówiąc nigdy mi się to nie udało. Sama też czasem mam ochotę na coś słodkiego, choć korzystam z tego dobrodziejstwa z umiarem. Poza tym produkty dla dzieci nafaszerowane były cukrem od kaszki aż po soczki. Trudno było uniknąć kontaktu maluchów ze smakiem słodyczy.

Moją ambicją była też edukacja. Wyobrażałam sobie, że moje dziecko będzie orłem w każdej dziedzinie, a zabawki i zajęcia dla dzieci tylko mu w tym pomogą. Oczywiście było inaczej, mały rozwijał się po swojemu, nie biorąc udziału w wyścigu szczurów. Zaakceptowałam to i dałam spokój. Moje aspiracje wróciły w czwartej klasie, ale też już odpuściłam. Skoro moje nerwy i naciski nie dają efektu, to chyba nie tędy droga i młody musi sam znaleźć swoją ścieżkę edukacji i tyle. Oby w dorosłym życiu był dobry w swoim fachu, bez względu na to, czy będzie prawnikiem czy cieślą.

Kiedy trzymanie zasad wymyka się spod kontroli

Z czasem zorientowałam się, że czasami jest trudno żyć restrykcyjnie przestrzegając zasad wychowywania dzieci. Że niekiedy trzeba sobie i dzieciom odpuścić. Nie da się dziecka izolować od znienawidzonych przeze mnie gier, kiedy w szkole wszystkie dzieci je mają, tylko mój syn nie i przez to jest gorszy od innych. Nie da się jeść zdrowo, kiedy wszystko teraz jest niezdrowe. Nie da się w końcu ciągle uczyć, bo ważny jest też czas przeznaczony na zabawę.

Poza tym dzieciaki dorastają i już nie pytają się, czy mogą obejrzeć bajkę. Dziś chłopcy biorą pilota i, gdy nikt nie obsadza telewizora, po prostu włączają go i nawet nie zawsze wybierają bajki. Zdałam sobie sprawę z tego niedawno, kiedy zajęta czymś innym nie zauważyłam, że średni syn zamiast kreskówek ogląda “Kobrę”.  

A przecież oglądanie bajek było u nas deficytowe. Włączałam na krótko tylko coś mądrego i celowo zrezygnowałam z telewizji kablowej. Codziennie czytaliśmy bajeczki, a w biblioteczce nie było przypadkowych książek. One miały uczyć, pokazywać w mądry sposób świat lub być po prostu klasyką, którą każdy powinien znać.

Teraz od czasu do czasu pozwalam na dłuższą grę, na oglądanie filmów do północy, kiedy jest coś ciekawego do obejrzenia. Nie kontroluję już tak szczegółowo co i ile czytają. Czasem jest to lektura, ale niekiedy jakiś beznadziejny komiks czy książka, która dla moich dzieci jest śmieszna i wszyscy w klasie ją czytają. Jeśli te wszystkie łamania zasad są sporadyczne, macham na nie ręką.

Trochę zasad, trochę luzu

Jednak w tym całym naszym domowym życiu są zasady, których się trzymam, egzekwuję i wprowadzam nowe w miarę dorastania dzieci. Bez z nich nie dałoby się żyć, bo wprowadzają porządek i określają granice, w ramach których funkcjonujemy w miarę bezkonfliktowo. Czasem zdarza się, że przeklnę, krzyknę, a czasem moje dzieci się pobiją. Kłócimy się i czasem wrzeszczymy na siebie, nie da rady, w naszej rodzinie emocje buzują. Jednak zawsze podkreślam, że ważny jest wzajemny szacunek, brak przemocy i kultura osobista. 

Poza tym mamy taki nasz domowy regulamin. Ważne jest utrzymanie porządku, bo czterech facetów i ja jedna to niefajna proporcja. Dlatego odniesienie talerza, włożenie butów na półkę, powieszenie kurtek czy posprzątanie swojego pokoju, to jest oczywista oczywistość. Chłopcy dodatkowo robią sobie pranie i wynoszą śmieci. W wielu takich domowych sprawach ich pomoc znaczy dla mnie bardzo dużo.  

 O obowiązkach moich dzieci pisałam we wpisie “Jak wychować chłopców na zaradnych mężczyzn”.

Nie dać się zwariować

Myślę, że ciężko byłoby żyć otaczając się surowymi zasadami wychowywania dzieci i restrykcyjnie ich przestrzegając. Maluchy też czasem potrzebują trochę luzu i kawałka czekolady, a babci nie sposób zakazać wizyt z wnukiem. Trzeba po prostu żyć i nie dać się zwariować. 

Ta krótka rozmowa z moim znajomym z kursu uświadomiła mi jak się zmieniamy i jak nasze ideały są kruche w zderzeniu z rzeczywistością. Dzieci mają swoje charaktery, są osobnymi jednostkami, z których zdaniem trzeba się liczyć. Okazuje się, że funkcjonowanie w tak dużej rodzinie jak moja, wymaga również kompromisów, a nadmiar obowiązków, szczególnie szkolnych nie przynosi zamierzonych rezultatów. Co z tego, że ugotuję zdrową potrawkę z kaszą i warzywami, kiedy sama muszę to potem zjeść?

I tak oto borykam się z dylematami życia codziennego. Stoję czasem w rozkroku i nie wiem, co zrobić. Być idealną mamą, czy machnąć ręką, nie myśleć i żyć po prostu dalej?