Powrót do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim

2 140

Traktorki dla dzieci, zabawki rolnicze. Traktorki Rolly Toys. Brykacze.pl - sklep z zabawkami.

No, to mam już za sobą powrót do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim. To mój trzeci taki urlop, ale pierwszy aż tak długi. Łącznie ze zwolnieniem lekarskim i urlopem wypoczynkowym nie było mnie półtora roku. Wsiąkłam w inny świat. Co innego się działo. Głowę miałam zapełnioną zupełnie innymi tematami. Dlatego przeglądając nowo zakupione marynarki i koszule zastanawiałam się jak daleko jestem od tej mojej zawodowej rzeczywistości…

Tak naprawdę ta sytuacja z trzecim, nieplanowanym dzieckiem trochę była mi na rękę. Bezkarnie mogłam zregenerować siły, oderwać się od rutyny, zmienić klimat i otoczenie. Jednak tuż przed powrotem do pracy już mi się chciało założyć te eleganckie ciuchy, zrobić makijaż, założyć szpilki, spotkać z ludźmi, pozałatwiać różne ważne sprawy. No, bo jednak siedząc w domu człowiek staje się prawdziwym kuromysłem. 

Tak… najpierw chyba przestałam chodzić w szpilkach. Adidasy i balerinki to były moje buty na co dzień. Kapcie typu scholl, te czarne z pomponikiem odłożyłam na specjalne okazje. Potem odechciało mi się malować brwi – tyle było przy tym roboty, zresztą z czasem przyzwyczaiłam się do mojej nowej twarzy bez oczu. Eleganckie ciuchy? Założyłam dwa razy. Na chrzciny i na komunię. Do lamusa odeszły kolczyki, bransoletki, zegarki, korale i … perfumy. Nie, z perfum używałam antyperspirant w kulce. Na koniec przestałam używać fluidu i suszarki do włosów. Na szczęście depilowałam łydki oraz obcinałam paznokcie u nóg. Te paznokcie to chyba tylko dlatego, żeby nie stukać w podłogę jak ratlerek. Lakier do paznokci to też był towar zbędny. Po co, jak na budowie wyhodowałam ogryzki, nawet nie było czym zdzierać resztek farby, a co dopiero malować! Ojojoj, masakra! Idąc dalej, a właściwie brnąc, z ciuchów to kupowałam sobie tylko dresiki i T-shirty i to w lumpeksie, a u fryzjera byłam trzy razy i siedziałam jak na bombie zegarowej, bo kapiący cycek, z którym miałam konflikt priorytetów, chciał wybuchnąć z nadmiaru mleka (o kapiącym cycku piszę tu).

Ale w końcu przyszła chwila opamiętania i spodziewany powrót do pracy. W tym samym czasie mój mąż wyjechał do pracy do miasta oddalonego od naszego domu o 250 km. Co dziecko to on dalej pracuje. Przy piątym zwieje do Australii, a ja jak zwykle zostanę z całym domem na głowie. Dlatego nie planuję dalszego rozrodu. Troje dzieci wystarczy, do tego niania, ja, dom i praca na zmiany. Wszystko teraz zależy od dobrej organizacji, posiadania telefonu komórkowego przez wszystkich członków rodziny oraz nianię i braku JAKICHKOLWIEK nieprzewidywalnych sytuacji: chorób, wypadków losowych i dziwnych zbiegów okoliczności (o nieprzewidzianych wypadkach piszę tu).

Pierwszy dzień szkoły minął w miarę spokojnie, bo małżon był w domu i przejął inicjatywę, choć zelektryzował mnie w pewnym momencie pewnym niezrozumieniem tematu:

– Słuchaj, kościół jest na 9.00, potem rozpoczęcie w szkole, pierwsze klasy mają spotkanie organizacyjne o 10.00, a czwarte o 10.30 – tłumaczę skrupulatnie.
– No tak, to ja cały dzień spędzę w szkole, nic dzisiaj nie załatwię!

To co on myślał, że wejdzie i wyjdzie, i będzie po sprawie? Cała zesztywniałam, ja idę do pracy, a co z dziećmi? Nie było wyjścia, musiał pozałatwiać wszystkie sprawy szkolne. Na drugi dzień wyjechał. Ja o 7.00 na nogach, najpierw młodszego do szkoły, starszy zostaje ze śpiącym malutkiem. Potem śniadanie, makijaż, przychodzi niania, zabieram starszego do szkoły, a potem jadę do pracy na 9.00. Wracam na sygnale, żeby zdążyć na 17.30, omijam korki bocznymi uliczkami, klnę na wolno jadących Heńkach w kapelutkach, by z piskiem opon podjechać pod dom. Potem chwila z dziećmi i hurtem kąpanie wszystkich trzech sztuk. Po obejrzeniu 2 seriali, nie zostaje mi już niestety czasu na zbyt wiele. No bo następnego dnia od rana znowu to samo. Następny tydzień i sobota zmiany wieczorne na 16.00 i 18.00, więc odbieram dzieci, robię z nimi lekcje, sprzątam i na koniec dnia lecę do pracy. Rano będzie czas na zakupy, lekarzy, fryzjera czy odbiór poczty.

Nie wiem jak to będzie. Jakoś zwykle dawałam radę pracując w różnych godzinach i mając dyspozycyjną nianię. Tym razem plan jest napięty i mam wrażenie, że wystarczy niewielki trzepot skrzydeł motyla, żeby wywołać efekt chaosu. Ale o tym w następnych wpisach 🙂

 

Może ci się również spodobać
2 Komentarze
  1. […] bo grafik mam dość napięty i nie ma tam miejsca na nieprzewidziane wydarzenia (piszę o tym tu). Jeszcze upewniłam się, że są bardzo duże kolejki i z głową pełną rozterek, jak to […]

  2. […] w panterkę z Lidla. Z czasem strój stał sprawą drugorzędną (pisałam o tym w poście „Powrót do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim”) i kiedy trafiła się okazja, żeby gdzieś wyjść, okazało się, że nie mam co na siebie […]

Zostaw odpowiedź

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.