Walentynki z dziećmi

Walentynki z dziećmi

Przyznam się, że byłam trochę marudna w tym roku z powodu Walentynek. Jednak mąż trwał niewzruszony. Tylko nieznacznie nerwy drgały mu na obliczu i zaciskał usta, żeby nie powiedzieć za wiele. Wszystko to mówiło samo za siebie – nic z tego nie będzie, babo. Żadnych kurwa róż, ani płatków rozrzuconych na łóżku, ani grama romantycznego gestu. Nic, nothing, zero! Ale strategia nie do końca się udała…

Walentynki z dziećmi


Tego sądnego dnia, właśnie tego, w którym czuję się wyjątkowo niedoceniana, wybraliśmy się z dziećmi na wycieczkę. Ot, niedziela, słońce, 14 lutego, co tu robić w tak piękny dzień, jak nie pojechać za miasto z marudną żoną i zgrają dzieciorów? Żona się wybiega na powietrzu to i zamilknie na wieczór. Taki sprytny plan. 

O naszych Walentynkach sprzed dwóch lat przeczytacie we wpisie “Okrutne Walentynki”

Postawiliśmy na turystyczną miejscowość niedaleko domu i umówiliśmy się z naszymi przyjaciółmi, z którymi zwykle spędzamy weekendy. Poszliśmy szlakiem na górę, która ma nieco ponad 700 m n.p.m. W połowie drogi najmłodsze dzieci zaczęły marudzić, więc część wycieczki wróciła na dół, żeby nadrobić stracone kalorie w pobliskiej budce z kiełbaskami, a druga część, pod kierownictwem mojego męża, zdobyła szczyt.

O Walentynkach wszyscy szybko zapomnieli zaraz potem, jak mój średni syn wręczył córce naszych przyjaciół list miłosny z tej okazji. 

Ja się wybiegałam po turystycznych szlakach i przestałam marudzić. Oczyściłam swój umysł z negatywnych myśli i złego nastawienia do życia.

Kiedy spotkaliśmy się wszyscy na parkingu, wybiła 16.00, więc pora najwyższa była na obiad. Postanowiliśmy wybrać się do pobliskiego młyna, w którym jest restauracja. Dawno tam nie byłam i wydawało mi się, że klimat jest karczmiany, czyli przaśno, tanio i swojsko. W sam raz dla naszej wielkiej, włoskiej rodziny.

Ferajna z innej bajki


Wpadliśmy do środka zgrają, w sportowych kurtkach i butach, upoceni i zmachani, z głośną gromadką dzieci – sztuk pięć. Cóż, wyjściowo nie było. A powinno. 

W środku bowiem, otuleni sączącą się z głośników muzyką, w blasku świec i towarzystwie czerwonych róż, siedzieli zakochani. Wszyscy pod krawatami, w eleganckich toaletach, w chmurze odurzających zapachów. Bo to, kuźwa, Walentynki były! Popatrzeliśmy na siebie skonsternowani, lekko skonfundowani, nieubrani odpowiednio, no i  w ogóle jakby z innej bajki. Co my tu robimy? Walentynki z dziećmi? My tylko chcemy zjeść obiad!

Niestety, był wolny stolik.

Zaraz tupot pięciu par dziecięcych stóp, wbiegających na pięterko po drewnianych schodach, rozszedł się echem po całej restauracji. Ludzie oderwani od czułych szeptów, spojrzeli na nas zdziwieni zamieszaniem, tak niepasującym do sytuacji. Weszliśmy na górę i wkomponowaliśmy się pomiędzy kolejne zakochane pary. Jęknęłam lekko przerażona.

– Ale im popsujemy wieczór – powiedziałam do koleżanki, znając z doświadczenia dalszy scenariusz.

Rozgościliśmy się, zamówiliśmy potrawy. Mąż koleżanki wręczył starszym dzieciom komórkę z gierką, aby ich trochę czymś zająć, a my zaczęliśmy podziwiać towarzyszący nam anturaż. Bo oto na białym obrusie pięknie postawiono szkło i porcelanę, po środku dwa wazony z czerwonymi różami oraz rozsypanymi w artystycznym nieładzie serduszkami. A my w polarach. Choć różowych.

– No i co? – popatrzył na nas mąż mojej koleżanki. – Chciałyście Walentynki? To macie. Dobrze, że zamówiliśmy stolik na tę okazję – mrugnął okiem do mojego męża. – Tacy jesteśmy!
– Dobra, dobra, udało wam się! Przez przypadek załapaliście się na kolację walentynkową! Gdyby 14 lutego wypadło w środku tygodnia, to mogłybyśmy tylko pomarzyć o takiej kolacji! – powiedziała moja koleżanka, a ja jej przytaknęłam.
– No, ale o co wam chodzi? Kwiaty są, szampan jest, nawet serca są! W dupach wam się już poprzewracało! – wcale nie cicho podsumował nas jej mąż.

Zgorszone sześć par oczu z okolicznych stolików wyraziło żywą dezaprobatę.

W tym momencie nasze dzieci wykrzyknęły w emocjach, osiągnąwszy kolejny poziom gierki:

– Jeeeest!!! 
– Ciiiiiiiii!!! Ale nie krzyczcie tak, bo tu państwo chcieliby w spokoju zjeść.

Niestety, potem było tylko gorzej.

Szybko zjeść i wyjść


W oczekiwaniu na jedzenie postanowiłam przebrać Małego. Wyciągnęłam pieluchę z torebki i wzięłam synka za rękę. Ten, widząc pieluchę, wyrwał się jak poparzony i wydarł do przodu między stolikami. Ja za nim majtając tą pieluchą w powietrzu. Kiedy go złapałam, usłyszałam tylko głośne “Nieeeee!!!!”, więc żeby nie robić dodatkowego hałasu, spasowałam. No i schowałam rekwizyt w postaci pieluchy, która choć czysta, pewnie niektórym mogła się niezbyt smacznie kojarzyć.

Zaraz zresztą przyszły zupy i Mały wdrapał mi się na kolana. W trakcie jedzenia poczułam na kolanach coś ciepłego.

– Ty siku robisz? – zorientowałam się, bo siedział nieruchomo.

Zaraz jednak wyrwałam do góry, bo mi się przypomniało, że przecież pielucha jest pełna pewnie i mi tu na spodnie siku przecieka! Przy stole, w trakcie jedzenia i w towarzystwie grona zakochanych par. Rzeczywiście, trochę przeciekło.

Tym razem Mały mi nie uciekł. Za kilka minut przebrany i bez bodziaka usiadł z powrotem przy stole. Obsikany bodziak wylądował głęboko w mojej torebce. Zamiast perfum, których i tak nie noszę. Miałam tylko nadzieję, że nie śmierdzi sikami, bo oboje z Malutkiem mieliśmy lekko mokre spodnie.

Nadchodziło drugie danie. Dostali wszyscy oprócz mnie.

Czekając na swoją porcję, obserwowałam wymianę dań. Bo lody z naleśników Małego wylądowały na talerzu średniego. To, co nie zjadł średni, pochłonął tata. Resztkę dania Małego zjadł najstarszy.

A ja wciąż czekałam na swoje drugie danie.

W tym zamieszaniu postanowiłam w końcu upomnieć się u kelnerki o moją kaczkę w sosie wiśniowym. Okazało się, że zapomnieli, a potem, że kaczki już nie ma, więc, żeby było szybko, wybrałam kurczaka. Szybko, bo dzieci już miały dosyć. 

Wszyscy oprócz mnie już zjedli, a dzieci rozbiegły się po restauracji i zniknęły w salce na końcu, gdzie były strome schody do piwnicy. Koleżanka pobiegła je stamtąd wyciągnąć. 

– Kurcze, zaraz nas stąd wygonią – podsumowałam stan rzeczy.
– Mogłaby by tam jakąś skrzynię znaleźć na te dzieci.
– No tak, byłoby trochę ciszej! 
– Zamienię dzieci na porcję kaczki! – zaczęliśmy się śmiać z tej naszej ogólnej sytuacji. Co niektórzy z pobliskich stolików też.

W międzyczasie, przechodzący do toalety starszy pan, pstryknął nie ten włącznik co trzeba i zapalił się wielki, wiszący na środku sufitu żyrandol. Resztki walentynkowego nastroju zniknęły.

– To nasze dzieci włączyły to światło? – zapytała moja koleżanka.
– Nie, ten dziadek włączył – rzeczowo wyjaśnił sytuację jej mąż. – Idźcie wyłączyć to światło.

Dzieci wyrwały na salę i zaczęły włączać i wyłączać wszystkie włączniki, ale światło dalej świeciło. W tym momencie z toalety wyszedł starszy pan, który narobił zamieszania.

– Tato! Wyszedł ten dziadek, co zgasił światło! – krzyknęła córka naszych przyjaciół, biegnąc przez salę do taty.

Zanim przyszło jedzenie, dzieci już narobiły porządnego zamieszania. My co chwila zarządzaliśmy tym chaosem zza stolika, ale to nic nie dawało. Ferajna i tak przebiegała co rusz między stolikami, nie zważając na zakochane pary. Niektórzy nawet okazywali wyrazy sympatii i uśmiechy, jak to do dzieci, ale ich walentynkowy wieczór pewnie nie należał do najbardziej udanych.

Przedstawienie dla przyszłych rodziców


Kiedy tak patrzyłam na ten widok, zauważyłam komizm sytuacji. Tak, jakby życie przewinęło swój film do przodu. Toż to lepsze niż nauki przedmałżeńskie! Bo przecież tak to później wszystko wygląda. Teraz siedzą i trzymają się za ręce, a potem pieluchy, zasmarkane nosy, siku i kupa. Niechcący zrobiliśmy młodym show po tytułem “Zobaczcie na co się piszecie”.

– Ciekawe, ile par po tej kolacji weźmie ślub i zdecyduje się na dzieci! – zaśmialiśmy się.

Wracając, myślałam o tych niespodziewanych Walentynkach, bardzo miłych, bo spędzonych w dobrym towarzystwie osób, które naprawdę lubimy. Ale wieczór jeszcze nie był skończony.

Romantyczne plany na resztę dnia


Może dzień zakończyć jakimś miłosnym uniesieniem – zaczęłam fantazjować. Jakaś finezyjna bielizna? Lampka wina, kiedy dzieci zasną? Przecież możemy jeszcze razem świętować do woli!

W domu jednak okazało się, że dopadła mnie miesięczna przypadłość i moje plany przeistoczenia się z kury domowej w sexi wampa spaliły na panewce. Akurat dzisiaj, diabli by to wzięli! Dobry nastrój prysł i wszystkiego mi się odechciało. W dodatku dzieci dały popalić tak, że na koniec miałam już kwadratową głowę i pobożne życzenie, żeby wszyscy dali mi święty spokój.

Cóż, życie nie rozpieszcza, nawet w taki dzień. Niezamierzona kolacja i Walentynki z dziećmi, to widać najlepsze, co mnie spotkało w ten dzień. Żadnych, kurwa, róż, ani płatków rozrzuconych na łóżku, ani szczypty romantyzmu. Nic, nothing, zero! Buuuuuuu!!!