Wychowywanie dzieci kontra cyfrowa rzeczywistość

Wychowywanie dzieci kontra cyfrowa rzeczywistość

Cyfrowa rzeczywistość to przestrzeń, w której przyszło żyć naszym dzieciom. Choć młode pokolenie czuje się w tym świecie jak u siebie, potrzebny jest mu mądry przewodnik. Dlatego chcąc, nie chcąc, musimy za tym światem nadążyć i się z nim zmierzyć, choć nie jest to łatwe. Tak, jak wielu rodziców, też mam z tym problem.

Kiedy zostałam mamą, postanowiłam, że wychowam swoje dzieci z dala od mediów. Wiedziałam, że to nic dobrego i że powinno się ograniczać czas spędzany przed telewizorem, z komórką czy z grami. Sama nigdy nie lubiłam gier i nie wciągały mnie one, więc naturalne było, że w domu nie mieliśmy żadnych tego typu akcesoriów. Smartphonów wtedy nie było, a bajki wolałam przeczytać niż pozwalać na oglądanie w telewizji. Nie wiedziałam jednak, że rzeczywistość będzie wkrótce diametralnie inna.

 

Cyfrowa rzeczywistość


W ciągu paru lat komórka przestała być tylko telefonem. Stała się małym komputerem, który okazał się świetną zabawką, czasoumilaczem, a także źródłem wszelkich informacji. Internet zawojował świat do tego stopnia, że trudno sobie wyobrazić, jak to mogło być, kiedy go nie było. Powstały różne platformy społecznościowe, w których kontaktujemy się ze znajomymi, dzielimy różnymi ciekawostkami, kreujemy siebie. Staliśmy się fanami wirtualnych gier, a także aplikacji, które rozwiązują wszystkie nasze organizacyjne problemy.

Gadżety elektroniczne stały się częścią naszego życia i okazało się, że ciężko się bez nich obejść. Często jest po prostu przyjemniej, szybciej i wygodniej.  

 

Gadżety pojawiają się w domu


Dłuższy czas byłam oporna na nowinki elektroniczne. Jedynymi gadżetami był najnowszy model telefonu i laptop, z których korzystaliśmy tylko my – rodzice. Jednak krok po kroku staliśmy się posiadaczami różnych urządzeń, które dostarczają rozrywkę całej rodzinie.

Kiedy najstarszy syn poszedł do szkoły, okazało się, że jako jeden z nielicznych nie ma x-boxa, psp, tabletu czy telefonu komórkowego. W naszym domu pojawiły się nagle jakieś dziwne nazwy gier i urządzeń, o których nie miałam pojęcia i nie chciałam mieć.

Jednak w pewnym momencie wystraszyłam się, że mój syn będzie na marginesie całej klasy z powodu braku tego typu urządzeń. Nie będzie znał się na grach, nie będzie znał specyficznego slangu i poczuje się z tego powodu zwyczajnie gorzej. W tym momencie szkoła wywarła na mnie presję i młody dostał x-boxa. 

Poza tym z czasem stałam się matką trójki dzieci, co też zmieniło postać rzeczy. Młodsze dzieci skorzystały przy starszych i szybciej miały kontakt z różnymi elektronicznymi zabawkami. Naturalnie, młodszego syna nie mogłam już odseparować od grania, kiedy jego brat eksplorował kwadratowy świat Minecrafta. Potem obaj dostali telefony, bo okazało się, że łatwiej nam jest się skomunikować, a ja nie muszę biegać po szkole albo wokół niej w poszukiwaniu jednego czy drugiego delikwenta.

Nie minęło dużo czasu, a w pokojach moich synów pojawiły się laptopy. Recz w dzisiejszych czasach prawie niezbędna, bo część zadań domowych trzeba wykonywać w Power Poincie. Wikipedia to główne źródło informacji, a w Wordzie jakoś lepiej się pisze niż w zeszycie.

Gdyby się na tym skończyło, byłabym szczęśliwa. 

 

Sytuacja wymyka się spod kontroli


Z czasem zauważyłam, że media i urządzenia nas pochłonęły. Mąż wiecznie z telefonem, ja wciąż w komputerze, dzieci zrywające boki ze śmiechu z powodu śmiesznych filmików na You Tube, a Malutek wyciągający rączki po smartphona, w którym może sobie wirtualnie malować obrazki.

Z tego powodu pojawiły się bóle kręgosłupa, bo wciąż ta sama pozycja nie wpływa dobrze stan kondycji. Garb na karku, to też znak czasów. Do tego nieodrobione lekcje, za to obejrzany “Dziennik cwaniaczka” i milion głupich filmików. Mój najstarszy syn to teraz mistrz opowiadania dowcipów o blondynkach, których w ogóle nie rozumie, i fan jakiegoś Reziego, poznanego w You Tube. Malutek zalewa się łzami, kiedy zabieram mu telefon, a wieczór bez Teletubisiów to wieczór stracony.

Kiedy spotykamy się ze znajomymi, konsekwentnie omijającymi media społecznościowe, i tak zaczynamy od wspólnego oglądania śmiesznych filmików, które zalewają internet. Pokładamy się ze śmiechu i konkurujemy, kto znajdzie coś lepszego.

W pewnym momencie przeraziło mnie to. Ta złudna cisza w pokojach moich synów, która wycisza moją uwagę. Nasze wlepione oczy w ekrany komórek. Mały trzylatek, który jest krok przed uzależnieniem od rozrywki, którą oferuje świat wirtualny. Bałagan, którego nie mam czasu posprzątać, bo internet wciąż odsyła mnie od strony do strony, a ja zamiast zrobić coś konkretnego, przeglądam sklep z dodatkami do domu, których i tak nie kupię.

Ten stan rzeczy wydał mi się zły. Nie chciałam, żeby tak wyglądało życie mojej rodziny. 

 

Czy diabeł naprawdę jest taki straszny?


W pierwszym momencie, pomyślałam, że ten wirtualny świat to samo zło. Ale w drugim przyszło otrzeźwienie. Przecież też są pozytywne strony korzystania z programów, aplikacji i internetu.

Dobrym przykładem jest Minecraft. Kiedy moi synowie zwariowali na punkcie tej gry, zaniepokoiło mnie to. Te godziny spędzone przy konsoli i fascynacja dziwnym kwadratowym światem wydała mi się niebezpieczna. Nie wchodząc specjalnie w sedno tej gry, postanowiłam ukrócić czas spędzany przy x-boxie. Gry komputerowe, to była dla mnie czarna magia, która na pewno nic dobrego moim synom by nie dała.

I wtedy natrafiłam na artykuł, w którym była mowa o tym, że w pewnej szkole w Szwecji wprowadzono Minecrafta jako dodatkowy przedmiot do nauki! Otworzyłam oczy szeroko i z ciekawością przeczytałam cały tekst. Okazało się, że gra ma ogromne walory edukacyjne. Dzieci rozwijają wyobraźnię przestrzenną, uczą się architektury i planowania, usprawniają małą motorykę i zręczność. Ma również wpływ na umiejętność logicznego myślenia i zdolności matematyczne. Grę kupił Microsoft i przygotowuje wersję edukacyjną do wykorzystania w szkołach. 

Dowiedziono również, że niektóre gry komputerowe wpływają na kompetencje społeczne i językowe. Dzieci nawiązują kontakty z innymi graczami, a czasem grają po to, żeby znaleźć się w grupie i mieć temat do rozmowy. Uczą się również wielu angielskich słówek, które potem wchodzą do języka mówionego, tak, że czasami trudno zrozumieć, nam – rodzicom, co nasze dzieci mówią. Język obcy jest potrzebny poruszania się w grze i do komunikowania z innymi osobami, grającymi w sieci. 

Poza tym niektórzy nauczyciele zaczęli korzystać z aplikacji, szczególnie przydatnych w nauce słówek. Korzystając z tabletu można uczyć się matematyki, gramatyki lub grać w gry logiczne.  

 

Muszę wiedzieć o co kaman


Koniec z końców pomyślałam, że ze wszystkim muszę być na bieżąco. Jako rodzic powinnam znać popularne gry i wiedzieć, o co w nich chodzi. Nie po to, żeby zabraniać, ale pomóc wybrać coś sensownego. Zamiast głupiej strzelanki, znaleźć coś, co będzie dobre dla moich dzieci, a przy tym przypadnie im do gustu.

Powinnam znać serwisy społecznościowe i najlepiej zarejestrować się tam, gdzie ma profil moje dziecko. Moja świadomość musi ogarniać skróty, slang i dziwne zwroty, które są jakąś anglopolską nowomową. A także sms-y pełne skrótów, z których tylko pozornie nic nie wynika. Ja muszę to rozszyfrować, ja muszę się dogadać. Inaczej zginę w tym świecie i nie będę partnerem dla mojego dziecka, tylko przegrywem, starym, śmiesznym rodzicem.

Powinnam znać też internetowych idoli, szczególnie tych z YT. Moim zadaniem jest ciągłe uświadamianie i przypominanie o zagrożeniach płynących z sieci. O tym jak się zachować, jakich informacji nie podawać, jakich zdjęć nie wrzucać. Od internetu nie odseparuję moich dzieci, nie da się. Mogę tylko sprawić, że będą świadomymi użytkownikami i nie zrobią żadnej głupoty. Że nie będą jarać się Uczuciopedią lub innym badziewiem internetowym.

 

Ale jak tu za tym wszystkim nadążyć? 


Przecież tyle tego jest. Zmieniają się trendy, mody, powstają nowe serwisy, nagle z czeluści wirtualnej rzeczywistości wypływają nowe gwiazdy, które stają się wzorcem dla dzieciaków. Jak za tym wszystkim nadążyć? Nie wiem, choć mogę powiedzieć, że w miarę kumam, o co chodzi. Znam media społecznościowe, dobrze orientuję się w sprawach komputerowych, umiem obsługiwać różne gadżety elektroniczne. Ale to wszystko nic.

I tak ten wirtualny świat potrafi mnie zaskoczyć. Z przerażeniem ostatnio przeczytałam artykuł w Newsweeku o różnych zamkniętych forach, na których dzieci wylewają potok jakichś dziwnych tekstów, wymierzonych w rodziców, nauczycieli, a także w siebie nawzajem. Hejt, internetowa przemoc, dziwny język, a i tak nie wiadomo, czy to prawda czy pasta (czyli wymyślona historyjka)…

Jakiś czas później oglądam w TVN-ie program Uwaga, gdzie leci reportaż o sławach You Tube, obecnych idolach naszych dzieci. Otwieram oczy szeroko i jestem zażenowana tym, co serwują na swoich kanałach. Ten świat w ogóle mi się nie podoba i nie chciałabym, żeby moi synowie mieli z nim kontakt. Nie chciałabym, żeby wysłuchiwali tego wylewu wulgaryzmów i hejtu. Niestety, pewnie i tak zajrzą na te strony, jeśli już tam nie byli.

W takim momentach zdaję sobie sprawę, że nie nadążę. Że zawsze będę krok z tyłu. Że jedno, co może mnie przybliżyć do świata moich dzieci, to dobry kontakt z nimi. Nie obok, ale razem. Nad tym muszę pracować codziennie. Akceptować ich, szanować, ale też ustalać granice. Mieć czas na rozmowę i poświęcać uwagę, jeśli tego potrzebują. W przeciwnym wypadku znajdą przyjaciół w necie. Tam wyleją swój żal i uczucie niezrozumienia. Tam ktoś ich za to zalajkuje albo przyjmie do grupy, a potem… Nie chcę myśleć.

Zdaję sobie sprawę, że mam jeszcze tylko chwilę, żeby nie stracić najstarszego syna. Dwie chwile dalej jest średni syn. Czas leci tak szybko, że mogę się nie zorientować, że jest za późno na bycie autorytetem w oczach swojego dziecka. Wygrywem, a nie przegrywem.

Dlatego chyba w najlepszym momencie wpadła mi w ręce, za pośrednictwem Wydawnictwa IUVI, książka “Cyfrowi rodzice”.

Wychowywanie dzieci kontra cyfrowa rzeczywistość

Jesteśmy cyfrowymi rodzicami


Z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po tą książkę. Przecież ten problem mnie dotyczy – mam dzieci i wszyscy żyjemy w świecie pełnym elektronicznych urządzeń. Nie wiadomo, co robić, żeby ten świat nie zapanował nad nami. Czy ograniczać czas spędzany w wirtualnej rzeczywistości i ją kontrolować, czy wręcz przeciwnie: pozwolić bez limitu korzystać z dobrodziejstw, które nam ona daje i w ogóle nie monitorować, co nasze dzieci robią w sieci. A może wykorzystać smartphony i tablety do nauki języków, piosenek i rysowania już od kołyski?

Na te i inne jeszcze pytania starała się odpowiedzieć autorka poradnika – Yalda T. Uhls. W przystępny sposób przybliżyła zarówno zalety, jak i zagrożenia płynące z nowych mediów. Znalazłam tu wiele porad dotyczących dzieci w różnym wieku: i tych najmłodszych, i nastolatków, które można wykorzystać, aby osiągnąć optymalne efekty. Ponadto dzięki autorce przyjrzałam się sama sobie – jak korzystam z cyfrowych gadżetów, czyli jak mnie widzą moje dzieci. Wszystkie tezy Yalda T. Uhls poparła wiarygodnymi badaniami oraz opinią ekspertów. 

Warto sięgnąć po tą publikację, aby poszerzyć sobie wiedzę z zakresu psychologii i socjologii w kontekście nowych mediów, a także skorzystać z gotowych porad, które może pomogą nam zapanować choć trochę nad wirtualną rzeczywistością. 

W następnym wpisie przybliżę Wam trochę ten poradnik i napiszę, co udało mi się wprowadzić w życie bazując na zaleceniach autorki.

I na koniec ciekawostka. Pod koniec XIX w. narodziło się nowe medium. Dzieci wprost zatraciły się w nim, co wprawiło ówczesnych rodziców w wielkie przerażenie. Dorośli zamartwiali się nad treściami, które za jego pośrednictwem trafiają do ich podopiecznych, ale nie umieli zatrzymać tej fascynacji, która ogarnęła całe młode pokolenie. Wiecie co to było za medium?

Powieść, moi drodzy.