Wychowanie nastolatków to jedna z najtrudniejszych, ale i najpiękniejszych lekcji życia. Każdy dzień to nowe emocje, próby, czasem nieporozumienia — i ta nieustanna nauka, jak pozwolić dzieciom być sobą. O tym, jak trudno pogodzić własne oczekiwania z rzeczywistością i jak odnaleźć wolność w relacji z dziećmi, rozmawiam z Olą Klonowską-Szałek – autorką powieści „Zadry” i założycielką portalu Slowhop.
To rozmowa, która zaczyna się od książki, a kończy na tym, co w rodzicielstwie naprawdę najważniejsze. Zapraszam do przeczytania!
Jak wychować dzieci, które nie wpisują się w schematy – i nie zwariować po drodze
Wychowanie nastolatków to dla mnie niekończąca się lekcja pokory. Nie takiej, którą czyta się w poradnikach, tylko tej życiowej — codziennej, czasem frustrującej, często pięknej. Od lat uczę się, że dzieci nie potrzebują doskonałych rodziców, tylko obecnych. Że mają prawo dorastać po swojemu, we własnym tempie, z własnymi błędami. Moi chłopcy nie są „inni”, ale długo zajęło mi, zanim przestałam porównywać ich do wyobrażenia o tym, „jacy powinni być”. Dopiero gdy odpuściłam, dałam im więcej przestrzeni i zaufania, coś między nami naprawdę się zmieniło.
Kiedy przeczytałam powieść „Zadry”, napisaną przez Olę Klonowską-Szałek, autorkę i założycielkę portalu Slowhop, poczułam, że to książka, która mówi o tym właśnie — o relacjach, o dorastaniu, o tym, jak trudno czasem pozwolić dzieciom być sobą. Znałam wcześniej jej portal, podziwiałam ideę „slow odpoczynku” i życia w zgodzie z rytmem natury. Ale dopiero książka pokazała mi inną Olę — pisarkę, kobietę, mamę, która potrafi z niezwykłą czułością pisać o dzieciach wymykających się schematom i o matkach, które uczą się im towarzyszyć, zamiast prowadzić za rękę.

Ten wywiad pojawia się na moim blogu, bo wierzę, że to rozmowa potrzebna — nie tylko o książce, ale o wychowaniu, wolności i zgodzie na to, że nasze dzieci nie muszą być takie, jak świat by chciał.
Z Dzidą można by konie kraść, ale nie każda mama byłaby gotowa na jej leśne przygody. Ola Klonowska-Szałek, autorka powieści „Zadry”, opowiada nam o tym, jak inspiracją do książki stała się jej własna córka, dlaczego natura jest najlepszym nauczycielem, i co robić, gdy dziecko nie pasuje do szkolnego systemu. Rozmawiamy o nastolatkach, relacjach rodzinnych i odwadze do życia na własnych warunkach.
Dzida, jedna z bohaterek „Zadr”, jest szalona, dzika i nieprzewidywalna. Ile w niej jest z Twojej córki?
Dużo. Ale to jest moja córka z różnych okresów jej dorastania i nie wiem czy ona sama się rozpozna w tej powieści. To jest niesamowite, ile postaci jestem w stanie wyodrębnić z całego okresu dorastania moich dzieci. To tylko pokazuje jak wielka to była przygoda. Jestem matką od 2006 roku i mogę powiedzieć, że miałam do czynienia z kilkunastoma osobowościami mojej dwójki dzieci.:)
Napisałaś, że nauczyłaś się rozpalać syberyjskie ognisko dzięki tej właśnie niesamowitej nastolatce. Co jeszcze ona – Twoja córka i literacka bohaterka – nauczyły Cię o byciu mamą?
Pamiętam, że kiedy urodziłam pierwszą córkę, płakałam mojej mamie, że jestem fatalną matką. Nie mogłam znieść unieruchomienia, braku wolności, takiego guzika „on hold” wciśniętego bez większego zastanowienia. Mama wtedy powiedziała słowa, które mi dały nadzieję. Że być może jest tak, że nie jestem dobrą matką dla małych dzieci, ale może zdarzyć się tak, że będę świetną matką dla nastolatek. I miała sto procent racji. Warto było czekać, bo moje córki w wieku nastoletnim dały mi taką ilość pozytywnych emocji i kopa do zmiany, że jest to najwspanialsza podróż na świecie. Bardzo dużo się dzięki nim nauczyłam i niesamowicie się rozwinęłam. Ale to się wydarzyło dopiero wtedy, gdy zaczęły mieć około trzynastu, czternastu lat. Wcześniej macierzyństwo było dla mnie trudne i nieprzyjemne. Wiem, że nie warto się do tego publicznie przyznawać, ale tak było.
W powieści pojawia się bardzo mocna scena o tym, że ojciec daje dziecku nóż i pozwala mu zgubić się w lesie. Czy to metafora, czy realne wychowanie?
To jest nawet realna sytuacja! Pochodzi z wyprawy do Republiki Ściborskiej, gdzie jeden z naszych slowhopowych gospodarzy, Darek Morsztyn (zwany Biegnącym Wilkiem) prowadzi coś w rodzaju państwa harcerskiego i organizuje rodzinne obozy przygodowe. Wyobraź sobie tydzień w tipi, gdzie źródłem ciepła jest tylko ognisko, wodę musisz sobie przynieść ze studni, korzystasz z toalety kompostującej, a jedzenie jest tylko wege. Każde dziecko miało nóż, a Darek, uczył jak z niego korzystać. Opowiadał, że kiedyś, w nieco bardziej surowych czasach, harcerza wrzucało się do lasu i kazano mu dostać się z punktu A do B. Tak się zresztą wychowuje dzieci w Skandynawii. Potrafią przetrwać w lesie, bo uczą się technik przetrwania. Ale masz rację, że jest to też metafora wychowania. Dla mnie pozwalanie dzieciom na własne błędy, uczenie sprawstwa – to jest właśnie to, co powinniśmy robić.
Jakie są Twoje rady dla rodziców nastolatków, którzy chcą wychować dzieci „na dziko”, ale jednak z odpowiedzialnością?
Boję się dawać rad, bo chyba wszystko zależy od tego młodego człowieka. Ja miałam raczej rozsądne dzieci, nie każdy ma to szczęście. Ale mogę powiedzieć Ci jak było u nas. Podam Ci przykład. Wszyscy narzekamy, że nasze dzieci za dużo siedzą na telefonach. Większość moich znajomych ma poustawiane limity czasowe i często podczas dorosłych kolacji dostają telefony z prośbami od dzieci, żeby ten czas przedłużyć o pół godziny. Tylko że dla mnie to nie jest uczenie, a zakładanie kagańca. Jeśli ten kaganiec zdejmiesz, to skąd dziecko może wiedzieć jak zarządzić tym czasem samodzielnie? Nas to kosztowało dużo rozmów, tekstów w stylu: „Nie będę ci zakładać limitów czasowych, bo nie chcę cię upokarzać, ale mam nadzieję, że wiesz, co robi ci z głową to scrollowanie”. I jakoś się to samo ułożyło. Ale nie od razu, to trwało bardzo długo. My wciąż kombinujemy, jak dać dzieciom narzędzia, by puszczone na dziko popełniły stosunkowo najmniej błędów. Czasem się udaje, czasem nie. Ale prawda jest taka, że mamy z naszymi dziećmi bardzo dobre relacje, mimo tego okresu burzy i naporu.
Wspominałaś, że Twoja córka nie odnalazła się w rejonowej szkole. Jak wyglądała Wasza droga do edukacji alternatywnej?
Moja córka w szkole rejonowej po prostu gasła. Próbowała jakoś mierzyć się z systemem, była bardzo posłuszna, uczyła się, odrabiała lekcje, ale gasła. Jako małe dziecko była pełna nie zawsze mądrych pomysłów, wszędzie było jej pełno i serce nam się krajało, kiedy patrzyliśmy na to, co się dzieje. Potem wybuchła pandemia i w ciągu kilku dni zdecydowaliśmy, że przenosimy ją do Świętochowa do szkoły demokratycznej – to taki projekt Fundacji Bullerbyn. Na trzy dni dzieci zostają na wsi, potem wracają do domu. Czyli śpią tam, nawiązują relacje, uczą się rozwiązywać konflikty. Mogę śmiało powiedzieć, że my też trafiliśmy do tej szkoły i uczyliśmy się nowego paradygmatu. Moja córka pierwszego dnia próbnego miesiąca zrobiła szafkę nocną w stolarni i od razu powiedziała, że zostaje. Została do końca podstawówki. To była jedna z najlepszych decyzji życiowych. Ale kiedy mówiłam, że nie uczy się normalnych przedmiotów jak matematyka czy polski, ludzie łapali się za głowy. Ja też się bałam, co będzie dalej. Ale zdała do dobrego liceum systemowego, potem przeniosła się do szkoły bliższej alternatywy i była jedną z najlepszych uczennic. Bez traumy szkolnej. To wyjście ze schematu posłużyło też drugiej córce, która przeniosła się na edukację domową, a teraz studiuje w Holandii.
Co byś powiedziała rodzicom, którzy widzą, że ich dziecko nie mieści się w szkole, ale boją się wyjść poza system?
My też byliśmy przerażeni. Mieliśmy świadomość, że eksperymentujemy na dziecku. Ale ja mam zasadę, że każdą decyzję można skorygować, jeśli jest nietrafiona. Gdyby nie wyszło z Bullerbyn, to pewnie szukalibyśmy przyjaznej szkoły systemowej. Jestem pewna, że takie istnieją. Po prostu trzeba dłużej poszukać.
W jednej ze scen powieści bohaterka słyszy: „Nie możesz się wszystkiego bać. Przekażesz im ten strach.” Jak Ty radzisz sobie z lękiem jako mama?
Słabo. Jestem w tym beznadziejna. Mam wrażenie, że jest trochę lepiej od kiedy dziewczynki są starsze, ale zgadzam się z mężem mojej bohaterki, że to my, mamy, robimy najwięcej złego z przekazywaniem strachu. Podobno ojcowie są lepsi w inicjowaniu rozwoju i taka ma być ich rola. My jesteśmy tymi od komfortu. Nie wiem, czy mi się to podoba. Też chcę być od inicjowania rozwoju. Ale jak tu inicjować, kiedy główny przekaz wielu mam i babć, to „uważaj!”.
Czy zdarzało Ci się, że Twoje dzieci postrzegały Cię jako „hamulcowego”? Jak z tego wychodzić?
Budowałam postać Dzidy w oparciu o schemat podróży bohaterki. Wystarczy obejrzeć Meridę Waleczną, żeby zobaczyć jak to działa. Merida zamienia matkę w niedźwiedzicę, odrzucając ją, bo ta wpycha ją w nudne schematy. Ja mam wrażenie, że dla mojej córki nadal jestem trochę niedźwiedzicą, bo za bardzo się nią opiekuje. Czekamy obie, żeby dojrzeć. Ale powoli widzę u siebie oznaki odpuszczania, bo mam już 47 lat i zaczynam funkcjonować mniej jako mama, a bardziej jak kobieta z własnym życiem. Mam nadzieję, że moja córka zdejmie ze mnie tę klątwę:)
Malina z „Zadr” próbuje żyć po swojemu, ale dźwiga na plecach cień swojej mamy. Czy ten temat relacji matka–córka był dla Ciebie ważny?
Mam wrażenie, że ten temat jest ważny dla każdej z nas. Pół życia użeramy się z cieniem własnych matek. A potem robią to nasze córki. Może to właśnie nasze pokolenie kobiet zerwie z tą tradycją. Wydaje mi się, że mamy teraz większą świadomość, jesteśmy po terapiach – może nam się udać. Jest nadzieja, że naszym córkom będzie łatwiej.
Powiedziałaś, że „Zadry” były Twoim sposobem na wyjście z wypalenia. Czy pisanie pomogło Ci inaczej spojrzeć na macierzyństwo?
Szczerze? Pisanie pomogło mi odnaleźć moją nową tożsamość, podobnie jak perimenopauza. Usłyszałam kiedyś od jakiejś mądrej kobiety, że dzieci muszą się wyprowadzać po osiągnięciu dojrzałości. Czyli po osiemnastce powinny już mieszkać poza domem. Powiedziała: „Bycie matką to praca, a każda praca musi się kiedyś skończyć”. Wtedy myślałam, że to zwariowana teoria, a teraz, kiedy za trzy lata kończę pięćdziesiąt lat, a moja perimenopauza prowadzi mnie w kierunku bycia w końcu dla siebie, czuję, że zmienia się też moje macierzyństwo. Z tego opiekuńczego bóstwa, które zawsze wie, gdzie są zagubione skarpetki, zmieniam się w solidne wsparcie. Przytulam, pocieszam, proponuje rozwiązania. Ale to jest już ich życie. Ja mam swoje.
Czy dzieciom – zwłaszcza nastolatkom – warto pokazywać swoje słabości i momenty zwątpienia?
Zdecydowanie tak. Bez parentyfikacji, ale jestem daleka od zamulania rzeczywistości fałszywym optymizmem. Jest źle, to jest źle, po co to ukrywać?
Gdybyś miała powiedzieć coś mamie, która właśnie dowiaduje się, że jej dziecko nie pasuje do systemu – co by to było?
Nie czekaj. Jak najszybciej szukaj rozwiązań. Jak to mówi moja mama: „Nie wstyd wdepnąć w g..o, wstyd w nim tkwić”. Żyjemy w czasach, gdy rozwiązania same się pchają do koszyka, trzeba je tylko rozważyć i wybrać.
Co powinniśmy dać naszym dzieciom, żeby – jak Dzida – potrafiły rozpalać własne ognisko, także metaforycznie?
Poczucie sprawstwa. To doskonałe narzędzie, które rozpala każde ognisko.
„Zadry” to poruszająca opowieść o rodzinie, dorastaniu i więziach, które potrafią ranić równie mocno, jak łączyć. Malina wraz z dwiema córkami wraca na Mazury – w miejsce, od którego kiedyś uciekła, i w którym wciąż mieszka jej matka. Podejmuje nietypową pracę w opuszczonym dworku pośrodku lasu, z dala od cywilizacji, szkoły i codziennego rytmu miasta. Wśród zapomnianych murów i szeptów mazurskich legend bohaterki odkrywają historie dawnych mieszkańców i tajemnice, które wciąż żyją pod powierzchnią ciszy. To powieść o trzech kobietach – babce, matce i córkach – które uczą się siebie na nowo, zbliżając się tam, gdzie wszystko kiedyś się zaczęło.
Bardzo Wam polecam tę powieść!













