Zdechnąć można, taki upał!

Zdechnąć można, taki upał!

Czegoś takiego w Polsce już dawno nie było. Paść można, taki skwar! Owszem, wiem, co to upał. Przeżyłam uderzenie powietrza znad Sahary po wyjściu z samolotu w Egipcie, pamiętam czterdziestostopniową temperaturę w Granadzie tuż po iście męczeńskim zwiedzaniu Alhambry i parujący w lejącym się z nieba żarze samochód w korku w drodze do Chorwacji. Ale ludzie, nie w naszym, polskim, umiarkowanym klimacie!

To chyba prawda, że aura nam się zmienia. Takiego skwaru, że nagrzane powietrze stoi w miejscu i nie ma czym oddychać na mojej ojczystej ziemi – nie pamiętam. Takiej duchoty, że nie da się spać w nocy, a w dzień normalnie funkcjonować, też nie. I takiego upału, że zwoje w mózgu się przegrzewają i ciężko jest myśleć logicznie, też nie kojarzę. Więc może tropiki nam tu nastaną? Jak tak dalej będzie, to chyba tego nie dożyję!

Podczas, gdy pół Polski pojechało nad Bałtyk, żeby się wystawić na powiew morskiej bryzy, ja nigdzie nie wyjechałam. Może to i błąd był, ale nie jestem fanką parawaningu i plażingu. Fakt jest taki, że od kilku dni siedzę w domu i nie wyściubiam nosa nawet na centymetr na zewnątrz. Ot, byle tylko wsiąść do auta lub śmieci wynieść. I to w dwóch krokach, bo zaraz żar dopada mnie jak boa dusiciel, tracę oddech i ledwo dopadam drzwi mojego bunkra.

Bo dom w te upały wygląda jak twierdza. Okna zamknięte, żaluzje ściągnięte, tylko wieczorem można się wychynąć z czterech ścian. W takich okolicznościach przyrody niełatwo wytrzymać, klima jest więc prawdziwym zbawieniem. Włączam te ratujące w tych dniach życie ustrojstwo, żeby trochę odetchnąć w boskim chłodzie i czekam aż dzień minie i nastanie długo oczekiwany wieczór oraz parę stopni mniej na termometrze. Niewiele jednak to zmienia, bo duszno jest i parno, ani krzty wicherku, nie mówiąc już o porządnym porywie wiatru.  

Kiedy słońce trochę przechodzi na zachód powoli otwieram najmniejsze okno. Od razu wzrok mój pada na padnięte kwiaty i kota, który niewzruszony ledwo dycha leżąc pod ławką z nogami do góry. Biedaczysko, tu żar leje się z nieba a on w futrze, nieborak. Motyl leci i siada na lawendzie. Już ruszam nawet po aparat, ale ściana gorąca mnie zatrzymuje tuż przy wyjściu. No i jak tu funkcjonować? Można nogi wyciągnąć jak ten kot!

Kocisko usłyszawszy otwierające się drzwi wyrywa jak poparzone spod ławki i wpada do domu. Biorę go na ręce. Pachnie sianem… O kuźwa! Sianem? Lecę do okna sprawdzić, no i niestety, trawa padła i choć przecież co wieczór podlewałam, to teraz i tak mam siano… Wszystko przez ten upał.

Na to przychodzi mąż i mnie ochrzania, że jak klima, to nie okno otwarte, bo to strata energii czy czegoś tam, więc z powrotem zamykam to okno, ten mój wizjer na świat. Teraz to już mam zimno jak w psiarni i ciemno jak w kretowisku. Sama czuję się jak jakieś zombie, co to tylko w noc ciemną wyłazi, żeby dopaść swojej ofiary.

Do wieczora leżę na kanapie w pozycji rozgwiazdy z twarzą skierowaną w stronę klimatyzacji. Przez szparę między żaluzją a parapetem widzę, że żar dalej leje się z nieba. W środku już trochę zimno, więc na chwilę wyłączamy zimny powiew. Za chwilę czuję, że makijaż mi spływa po twarzy, pot leje się po dolinach i kanionach mojego ciała, głowa nie myśli, ręka i noga ani drgnie. Ufff… Najchętniej ściągnęłabym skórę i poleżała nago… Włączam klimę i cieszę się, że rodzić nie muszę w taki skwar. 

Kiedy jest tak gorąco jeść się raczej nie chce, nie gotuję więc i nikt nawet nie protestuje. Na śniadanie spożywam kawę mrożoną podaną do łóżka. Zanim się zwlekam na dół, jest południe. Starszych dzieci nie ma, to odpoczywamy. Malutek tylko się kręci od ósmej, ale zaraz idzie na drzemkę. To może lody zjemy? Tak posileni przebimbamy do wieczora. Potem może chłodnik albo ice tea. Na kolację znowu lody, tym razem na patyku. Jeszcze wieczór. Na wieczór Lambrusco, koniecznie frizzante i mocno zmrożone. Wstawiamy więc na chwilę do zamrażarki. Chwila przedłuża się do kilku godzin. Przy otwieraniu wino wybucha czerwonymi grudkami lodu na beżową kanapę, podłogę i białą koszulę mojego męża. Zachciało się zimnego winka, ot co!

Tymczasem skórzana kanapa przykleja się do tyłka, komputer, nagrzany do czerwoności parzy w uda, z głośników wydobywa się ciepły głos i śpiewa “Sun of Jamaica”… Jezusie, nie dam rady, chyba się rozpłynę!

Na szczęście już niedługo pakujemy się i jedziemy na wakacje. Liczę, że odpoczniemy od tych upałów, bo nie dalej jak dziś rano widziałam w prognozie pogody, że na południu Europy jest o dziwo trochę chłodniej…