Dom na głowie
Blog o rodzicielstwie, podróżach, książkach i łatwej kuchni

Co mi dało zwolnienie z pracy?

15

Zwolnienie z pracy zwykle jest przeżyciem bardzo traumatycznym. Dobra posada daje nam niezależność finansową, dowartościowuje, jest miejscem, gdzie spotykamy się z ludźmi i realizujemy. Kiedy przychodzi ta chwila, w której nasz przełożony wręcza nam wypowiedzenie, cały ten świat wali się na łeb na szyję. Czy są wobec tego pozytywne strony utraty pracy? 

Pracować zaczęłam już w czasie studiów i zawsze miałam szczęście do ciekawych firm, dobrych szefów i świetnych ludzi. Z pracy byłam dumna, praca dodawała mi pewności siebie i niezależność finansową. Pracą się chwaliłam, bo były to nietypowe miejsca, inne i niedostępne dla wszystkich. Kiedy o nich mówiłam, zawsze był efekt “wow”, zainteresowanie, a czasem zazdrość.

Początkowo nie miałam jednak tyle szczęścia, żeby popracować w jednym przedsiębiorstwie dłuższy czas. Z różnych przyczyn. Aż trafiłam do firmy, w której utknęłam na dobre. Utknęłam na prawie 15 lat. Początkowo był to dla mnie skok na głęboką wodę i wielkie wyzwanie. Ale poradziłam sobie, rozwinęłam skrzydła i swoją kreatywność. Praca mnie wciągnęła. Poza tym miejsce było fajne, atmosfera miła, wynagrodzenie przyzwoite. Czego chcieć więcej? Gdy chciałam, zaraz przypominał mi się komentarz mojej znajomej, która kiedyś podsumowała swoją zmianę miejsca pracy: “Jak cię swędzi, to się podrap”. Gdy tylko świtała mi w głowie myśl, żeby poszukać nowej posady, zaraz przypominały mi się te słowa. I tak, nie podejmując ryzyka, dotrwałam do redukcji mojego etatu.

Komfort psychiczny, jaki mi dawało poczucie bezpieczeństwa w sferze zawodowej, rozleniwiło mnie. Tu pracując wyszłam za mąż i urodziłam swoje dzieci. Kolejne etapy w życiu zawodowym przeplatały się z różnymi wydarzeniami w sferze prywatnej, ale jedno drugiemu nie przeszkadzało. Niestety, po trzecim urlopie macierzyńskim okazało się jednak, że nie ma już dla mnie pracy. Trochę się tego spodziewałam, sama już chciałam czegoś poszukać, nawet zaczęłam wysyłać swoje CV do różnych firm. Nie zdążyłam jednak. Wręczono mi wypowiedzenie, wypłacono odprawę i… adieu, radź sobie na rynku pracy, mamo trójki dzieci!

Okazało się, że różowo nie będzie.

 

Poznałam rynek pracy


Z rynkiem pracy zderzyłam się jak ze ścianą. Przecież ja, z takim doświadczeniem, wykształceniem i różnymi dodatkowymi umiejętnościami, powinnam od razu znaleźć jakąś robotę. Tyle ogłoszeń było, tyle podań wysłałam i… cisza. Telefon milczał przez rok, nie licząc czterech spotkań, z których nic nie wyszło.

Oczywiście przyszło to uczucie. Beznadziejności, braku poczucia własnej wartości, zwątpienia. Zastanawiałam się, czy nie jestem przypadkiem za stara. Czy jeszcze uda mi się wrócić na rynek pracy. Liczne pytania z serii “czemu mnie nie chcą?” obijały się po mojej głowie, a ja nie znałam odpowiedzi. Mam przecież kompetencje, znam różne programy, szybko się uczę, jestem dobra w tym, co robiłam, spełniam warunki i… nie mam prawie żadnych rozmów.

Postanowiłam działać. Odświeżyłam swój profil na LinkedIn, napisałam informację do znajomych na Facebooku, że szukam pracy, napisałam różne rodzaje CV pod kątem kilku stanowisk, które mnie interesowały, zapisałam się do grup na Fb, gdzie ludzie ogłaszają się, że szukają pracowników. Zarejestrowałam się w Urzędzie Pracy z nadzieją, że może coś ciekawego mi znajdą. Nic to nie dało.

Zaczęłam więc szukać pracy w innych miejscach niż Pracuj.pl, z którego nie miałam prawie żadnego odzewu. Pomyślałam, że może aplikuje przez ten portal tak dużo ludzi, że trudno jest mi się po prostu przebić. Okazało się, że dużo fajnych ogłoszeń jest na OLX i Gumtree. Może nie są to duże korporacje, ale praca może być równie ciekawa i inspirująca.

W taki sposób już na początku tego roku miałam cztery rozmowy, czyli tyle samo, co przez cały ubiegły rok. W końcu trafiłam na dwie firmy, z którymi współpracuję teraz. Nie mam, co prawda, stałej umowy, benefitów i tej samej pensji, co kiedyś, ale od czegoś trzeba zacząć. Może z czasem pojawią się nowe możliwości? Wystarczy być może cierpliwie poczekać.

 

Nabrałam pokory


Przez kilkanaście lat nie szukałam pracy. Nie wiedziałam, że trzeba do tego cierpliwości, pokory, czasem kompromisu między tym, co by się chciało, a tym, co nam oferują. Zauważyłam, że trudno w dzisiejszych czasach, już na starcie, zdobyć zaufanie pracodawcy. Ciężko o umowę o pracę. A także o dobre pieniądze.

Często słyszę też obawę, że z trójką dzieci nie dam sobie rady. Wszyscy się tego boją jak ognia. A ja z trójką dzieci pracowałam na zmiany, nawet do 2.oo w nocy. Mój mąż zawsze pracował poza domem, więc musiałam radzić sobie sama z pomocą niani, babć i siostry. Nigdy nie byłam na zwolnieniu chorobowym (z wyjątkiem ciąż) – na szczęście nie było takiej potrzeby, a w czasie choroby dzieci wystarczyła pomoc rodziny. Albo kilka dni urlopu. Mogłam też liczyć na wyrozumiałość szefa lub elastyczny czas pracy, kiedy trzeba było na przykład wyskoczyć do lekarza. Po półrocznym urlopie macierzyńskim wracałam grzecznie do pracy i wpadałam w wir codziennych obowiązków.

Ale skąd ten mój nowy pracodawca ma to wiedzieć? Postanowiłam spróbować. Przecież nic nie miałam do stracenia. Niech będzie pół etatu, umowa o dzieło i nisze wynagrodzenie niż zakładałam. Musiałam już wyjść z domu, coś zacząć robić, odświeżyć swoje umiejętności, zdobyć nowe doświadczenia i… szukać dalej. Może wykorzystując także nowe kompetencje, które nabyłam będąc w domu?

 

Zdobyłam nowe umiejętności


Przez ten rok nie stałam w miejscu. Mimo braku konkretnego zajęcia, mimo zaszycia się w czterech ścianach, zrobiłam bardzo duży postęp. Tak duży, że mogę powiedzieć, że zdobyłam nowy zawód. Nie tylko teoretycznie, ale również praktycznie. Zostałam blogerką. A na tym trzeba się znać. I to jak! WordPress, social media, fotografia, grafika komputerowa, analityka, copywriting. Ten świat wirtualny kompletnie mnie pochłonął. Przez ten czas nie straciłam ani minuty. Z nosem wlepionym w komputer, zgłębiałam masę wiedzy, tutoriali i innych przydatnych wiadomości, które pozwoliły mi dojść do tego momentu, w którym jestem teraz (przeczytajcie o początkach mojego blogowania). Jeszcze mam wiele do zrobienia, ale już mogę powiedzieć, że się znam, że wiem, o co chodzi. 

Zwolnienie z pracy dało mi możliwość przekwalifikowania się. Miałam w końcu czas na robienie tego, co naprawdę lubię i w czym od dziecka byłam dobra. Bo zawsze najlepiej wychodziło mi pisanie. Pamiętniki, refleksyjne listy do wszystkich znajomych, długaśne wypracowania z polskiego, a potem maile – to zawsze mi towarzyszyło. Zawsze marzyłam też, żeby być kimś w rodzaju pisarza. Żeby mieć taki zawód, który mogłabym wykonywać bez względu na to, gdzie jestem. Siedzieć przy mahoniowym biurku na Bora Bora i pisać książkę. Dziś pracuję online i prowadzę firmowe profile na Facebooku. Moje marzenie trochę się spełniło. Z wyjątkiem Bora Bora 🙂

 

Odpoczęłam od pracy 


Po tych 15 latach jednak, po tej marnej końcówce w mojej pracy, gdzie naprawdę poczułam, że to finisz, że koniec, chciało mi się też odsapnąć. Na szczęście mogłam sobie na to pozwolić, nie szukałam tej pracy aż tak desperacko. Finansowo sobie poradziliśmy, mimo braku moich zarobków. Przebiegła mi też przez głowę myśl, żeby może zostać gospodynią domową i zająć się dziećmi? Ale też strach, że już nie uda mi się wrócić do pracy, że będzie bardzo trudno coś znaleźć i że czas działa na moją niekorzyść.

Tak samo poczułam się, kiedy okazało się, że jestem w trzeciej ciąży. Oprócz przerażenia, poczułam też radość z tego, że zrobię sobie przerwę w pracy. Tak naprawdę wcale nie chciałam do niej wrócić. Byłam totalnie wypalona. Przez lata strategia marketingowa zmieniła się tak bardzo, że nie umiałam się w niej znaleźć. Ale też nie chciałam. Uważałam, że to, co muszę robić w ramach moich nowych obowiązków jest poniżej moich kwalifikacji i powinnam mieć pracę, która będzie mnie rozwijać. Tymczasem czułam, że cofam się, nie uczę niczego nowego, że to, co robię nie porywa mnie, tak jak kiedyś. Że uderzyłam głową w sufit.

I wtedy przyszła redukcja etatu. Mojego etatu, wszystkiego, co stworzyłam w tej firmie przez lata. Co czułam? Zdziwienie, zaskoczenie, rozczarowanie, złość. Mimo wszystko. Mimo że się spodziewałam, mimo że nie chciałam już tam pracować, mimo że miałam dość. Ale też nadzieję na coś nowego. Sama nie potrafiłam podjąć tego kroku, bałam się zaryzykować. Ktoś więc zadecydował za mnie i zmusił mnie do działania.

 

Zwolnienie z pracy – nowy etap w życiu


Dobra praca rozleniwia. Tkwimy w niej, bo jest nam wygodnie. Znamy firmę od podszewki, wiemy czego się spodziewać, znamy procedury, zachowania przełożonych i kolegów zza biurka obok. To nas uspokaja i wycisza zmysły. A czas ucieka, my tkwimy w miejscu i trudno nam z tego wszystkiego zrezygnować.

Teraz zdaję sobie sprawę, jak byłam uzależniona od mojej ostatniej pracy. Widzę teraz dopiero, że powinnam była ją zmienić 5 lat przed wypowiedzeniem. Mogłam to zrobić, zacząć szukać wtedy, kiedy byłam młodsza, miałam tylko dwoje odchowanych dzieci i dużo sukcesów na koncie. Przegapiłam ten moment. Ciągle nie było odpowiedniej chwili. A bo to dzieci małe, a to studia zaczęłam, które częściowo zapłaciła mi firma, a to przecież nie jest mi tu aż tak źle, a gdzie indziej może być przecież gorzej. Bałam się też, że trafię na głupiego szefa, mobbing, że będę chodzić zestresowana z powodu nowych obowiązków, że nie będę mogła spać z nerwów. Że będzie sztywno, ludzie beznadziejni, a ja będę musiała wbić się w zawodowy gorset, którego nigdy nie nosiłam.

Teraz widzę, jak bardzo się myliłam. Fakt, każda firma ma swoją specyfikę, z którą trzeba się zmierzyć. Swoje trupy w szafie. Ale znowu udało mi się trafić na fajnych ludzi. Zobaczyłam jak dużo jest różnych firm, działających w branżach, o których nigdy nie myślałam, ani nie słyszałam. Widzę, że mogę wykorzystać na raz wszystkie moje doświadczenia, i te stare i te nowe. 

Zdarza się oczywiście, że mam stres z powodu nowych obowiązków i wymagań szefa. Ale wtedy przychodzi chwila refleksji. Po co mi te nerwy? Co mam do stracenia? Niewiele. Najwyżej się rozstaniemy i już. Świat się nie skończy, a ja znajdę inną posadę. Może lepszą i ciekawszą? Któż to wie?

Jakie macie doświadczenia z szukaniem pracy? Czy po urodzeniu dziecka było Wam łatwo pogodzić wszystko razem, czy może spotkały Was podobne przeżycia, jak mnie?